Data dodania: 26-08-2019


Czym jest system „No Fault” No blame, no game?

Filip Płużański

W czwartek 13 czerwca br. Sejm przyjął czterdzieści jeden poprawek Senatu do nowelizacji Kodeksu karnego. Ustawa zaostrzająca kary, m.in. za nieumyślne spowodowanie śmierci, czeka teraz na podpis prezydenta. Czy stanowczy sprzeciw NIL przedstawiony bezpośrednio głowie państwa przez prezesa NRL Andrzeja Matyję wystarczy, żeby zatrzymać bezwzględne koła wymiaru sprawiedliwości? - zobaczymy wkrótce.

 

Czy przy tej okazji nie powinniśmy na nowo rozpalić dyskusji o słuszności karania lekarzy i personelu medycznego za nieuniknione zdarzenia medyczne? Czy na pewno ewentualne postępowania wyjaśniające przynoszą konkretny i pozytywny skutek dla poszkodowanego pacjenta, czy może są jedynie „polowaniem na czarownice” i szukaniem „kozła ofiarnego”, którego obciąży się konsekwencjami niedofinansowania, kryzysu kadr i chaosu organizacyjnego w ochronie zdrowia?

 

Jak rozwiązują te problemy na świecie?

 

Podobne pytania, dotyczące zdarzeń medycznych, od lat zadawane są na całym świecie. Minęło prawie dwadzieścia lat od pierwszego wydania publikacji Komitetu Jakości w Ochronie Zdrowia Instytutu Medycyny w USA, zatytułowanej „To Err is Human: Building a Safer Health System”, w której podkreśla się, że problemem nie są nieodpowiedni ludzie w opiece zdrowotnej, tylko to, że odpowiedni ludzie pracują w nieodpowiednich systemach, które nie gwarantują bezpieczeństwa. Już w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w „The Lancet” pojawiały się artykuły próbujące zmienić podejście do zdarzenia medycznego, a przede wszystkim ograniczyć jego nieprzyjemne skutki dla pacjenta.

 

Przez lata zauważono, że bez depenalizacji przynajmniej części zdarzeń medycznych niemożliwym jest uzyskanie ich transparentności i zgłaszalności na odpowiednio wczesnym etapie, pozwalającym - tam gdzie to możliwe - naprawę błędu i uniknięcie konsekwencji zdrowotnych u pacjenta. System zwany „No Fault” od ubiegłego wieku funkcjonował w Danii, był wielokrotnie analizowany i modyfikowany, żeby jak najlepiej spełniać swoje założenia.

 

Opracowania opublikowane do tej pory podają, iż mimo znacznych kosztów dla publicznej ochrony zdrowia, ten system pozwala przewidzieć i tym samym uniknąć wielu szkód dla pacjenta. Jednocześnie ogranicza się sytuacje, w których ewentualnie wypłacane świadczenia za zdarzenie medyczne trafiają w większej części do firm odszkodowawczych, nie mając wpływu na poprawę życia i zdrowia poszkodowanego. Podobne systemy z powodzeniem stosowane są w Austrii, Nowej Zelandii i częściowo we Francji.

 

Czym jest system „No Fault”? System ten (lub jego modyfikowane wersje) ma przede wszystkim pozwolić na ograniczenie występowania zdarzeń medycznych poprzez odpowiednie opracowanie bezpiecznych i przejrzystych procedur postępowania z pacjentem, a w uzasadnionych sytuacjach, na szybką wypłatę ewentualnego odszkodowania bezpośrednio poszkodowanemu, a niekoniecznie wielu pośrednikom. Firm, które zajmują się uzyskiwaniem odszkodowań za ewentualne zdarzenia medyczne jest mnóstwo, a stawki w tej często nachalnej grze emocjami są bardzo wysokie.

 

 

Polski projekt utknął w ministerialnej szufladzie

 

Obecnie większość dostępnych powszechnie „rejestrów błędów medycznych” nie ma nic wspólnego z rejestrowaniem, opracowywaniem i wyciąganiem wniosków ze zdarzeń medycznych. W ogromnej większości przypadków, poszkodowany pacjent trafia na witrynę firmy, zachęcającej go do złożenia pozwu i obiecującej wysokie odszkodowanie, będące w zasięgu ręki. Nie trudno dziwić się pacjentom, którzy zmęczeni chorobą lub kalectwem widzą w takim rozwiązaniu jedyne słuszne wyjście.

 

Nasze Ministerstwo Zdrowia już w 2017 r. przygotowało projekt założeń do ustawy o jakości i bezpieczeństwie w ochronie zdrowia, zakładający modyfikację uprawnień Wojewódzkich Komisji Ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych oraz wprowadzenie mechanizmów pozwalających na traktowanie zdarzeń medycznych zgodnie z zasadą „No Fault”. Nowe przepisy miały przyspieszyć procedowanie wniosków i wprowadzić swojego rodzaju immunitet dla zgłaszającego zdarzenie medyczne, w tym własny błąd.  Projekt, niestety, utknął w wewnątrzresortowych konsultacjach i tkwi w ministerialnej szufladzie do dzisiaj. Pomimo deklaracji obecnego ministra zdrowia - prof. Łukasza Szumowskiego, popierającej dekryminalizację zawodu lekarza, doczekaliśmy się jedynie przeciwnych rozwiązań prawnych, które prawdopodobnie będą miały zupełnie odwrotny efekt od zamierzonego.

 

Już teraz na pierwszych latach studiów młody adept kierunku lekarskiego nosi w sercu maksymę „Primum non nocere”. W pierwszych latach szkolenia specjalizacyjnego dochodzi do tego „Defendat asinum suum”, czyli „Chroń swoją d…okumentację”). Jest to maksyma przekazywana z namaszczeniem przez starszych kolegów, zaprawionych w bojach z aparatem państwa. Trend zmian w ustawodawstwie w tym zakresie pozwala, niestety, przewidywać rozkwit medycyny asekuracyjnej, to jest unikania odpowiedzialności za wszelką cenę, ze stratą prognozowaną jedynie dla pacjenta.

 

Czy w takim razie stać nas, lekarzy na pytanie „kto?”, zamiast „dlaczego?”. Błędów nie unikniemy. Już Seneka mówił „Errare humanum est…”. My pamiętajmy o drugiej części przysłowia - „…in errore perservare stul tum”.

 

 

lek. Filip Płużański,

 

delegat łódzkiej OIL na Krajowy Zjazd Lekarzy,

 

członek Zespołu ds. Reformy Systemu Zgłaszania i Rejestrowania Zdarzeń Niepożądanych  NRL Klinika Artroskopii, Chirurgii Małoinwazyjnej,

 

sekretarz Naczelnej Komisji Rewizyjnej NIL