Data dodania: 8-03-2016


Jerzy Ciesielski: Chory na barkach rezydenta

Z pięciu znaczeń słowa „rezydent” w Słowniku Języka Polskiego najbardziej do tego tekstu pasuje to z oznaczeniem „daw.”: „osoba niezamożna, mieszkająca stale u bogatszego krewnego, przyjaciela lub u pracodawcy i będąca na jego utrzymaniu”. Z definicji współczesnego rezydenta wynika, że „to lekarz posiadający pełne prawo wykonywania zawodu, odbywający specjalizację w określonej dziedzinie medycyny na podstawie umowy o pracę zawartej z jednostką prowadzącą specjalizację na okres specjalizacji, finansowaną ze środków przeznaczonych na ten cel przez Ministerstwo Zdrowia”. Rezydent jest obiektem pożądania w opiece zdrowotnej finansowanej z środków publicznych – pracodawcy nie kosztuje, a zdyscyplinowany.

Z lekarskiej wokandy

Sytuacja rezydenta jest nie do pozazdroszczenia, zwłaszcza gdy niejako przymusowo kierowanych jest do pracy w szpitalnej izbie przyjęć i na SOR, ale nie tylko. Pracując na oddziale specjalistycznym, na którym zdobywa doświadczenie w wybranej przez siebie dziedzinie medycyny, również może napotykać na różne - nazwijmy to - pułapki, które są zwykle efektem pozbawienia d specjalizujących się medyków należnego im nadzoru ze strony starszych kolegów. Stwarza to nie tylko realne zagrożenie dla pacjentów, ale również dla samego młodego lekarza, narażając go na ryzyko odpowiedzialności za „niepożądane zdarzenie medyczne”, którego stają się sprawcą.

 

Słuszność tego wywodu ocenimy na kanwie realnego kazusu, ale na wstępie trochę medycznego abecadła. Uczulić się można na wszystko: na pyłki roślin, kurz, pot partnera, dowolną jarzynę i dowolne białko... Liczba alergików rośnie, 30 proc. Polaków jest uczulonych na różne substancje. Alergenem, czyli czynnikiem wywołującym alergię, może być także lek, jeśli tylko organizm już się z nim zetknął i zapamiętał, że go nie lubi. Najczęściej uczulającym lekiem jest penicylina, w dodatku jest ona najczęstszą przyczyną wstrząsów anafilaktycznych.W pierwszych latach po wprowadzeniu penicyliny, która stała się błogosławieństwem dla rannych żołnierzy i wycieńczonych wojną cywilu, uczuleń na nią nie było. Pojawiły się, gdy potraktowano ją jako panaceum na wszystko i zaczęto stosować masowo, wskutek czego wiele osób stykało się z nią kilka razy.

Do osób uczulonych na penicylinę (Ampicilinę i Duomox) należała Maria B., która w związku z zakażeniem helicobacter pylori, trafiła do dużego, tzw. marszałkowskiego szpitala. Podczas wywiadu lekarskiego w izbie przyjęć - co ustalił później Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej, sięgając po historię jej choroby - powiadomiła o swoim uczuleniu lekarza dyżurnego. Z karty antybiotykoterapii, a także indywidualnej karty zleceń lekarskich wynikało jednak, że trzeciego i czwartego dnia pobytu podano jej, przepisane przez prowadzącego ją Rezydenta, po dwie dawki Augmentinu dziennie.

Po czterodniowej hospitalizacji, szpital wydał Marii B. kartę informacyjną z zaleceniami lekarskimi przewidującymi dalsze zażywanie Augmentinu oraz receptę na to lekarstwo. Zarówno receptę, jak i wspomnianą kartę podpisał Rezydent, ale na karcie widniała także pieczątka i podpis chirurga specjalisty - kierownika jego specjalizacji. Dzień po wypisaniu ze szpitala, Maria B. trafiła na Szpitalny Oddział Ratunkowy z powodu reakcji alergicznej po przyjęciu kolejnej dawki zaordynowanego jej leku. Tam też otrzymała dokument, podpisany przez lekarza specjalistę, który już dawno powinien sporządzić jej lekarz rodzinny: „Bezwzględne przeciwwskazanie podawania Penicyliny oraz antybiotyków penicylinopochodnych z powodu uczulenia na te preparaty.”

Po skompletowaniu dokumentacji medycznej, rzecznik przystąpił do gromadzenia osobowych środków dowodowych, rozpoczynając przesłuchania od Rezydenta, który przyznał z całą szczerością: „Włączyłem erydykację (czyli procedurę całkowitego zwalczenia choroby zakaźnej - przyp. autora) według ogólnie przyjętego w oddziale schematu, to jest Augmentin, Metranizadol i inhibitor pompy protonowej, gdyż nie dopatrzyłem w dokumentacji, że pacjentka jest uczulona na leki penicylinowe”.

Rezydent wyjaśnił przy tym, że przy wypisie każdego pacjenta przegląda historię choroby, przygotowuje kartę informacyjną, wypisuje receptę i tak przygotowaną dokumentację składa w sekretariacie oddziału. Chirurg specjalista - kierownik specjalizacji zeznał zaś, że powszechną praktyką w oddziale jest, iż po złożeniu karty informacyjnej chorego w sekretariacie, sekretarka przynosi ją do pokoju lekarskiego i podpisuje ją któryś ze „starszych lekarzy”. W feralnym dniu to jemu przypadła w udziale ta czynność, ale jego podpis na będącej punktem zainteresowania rzecznika karcie - jak powiedział - „świadczy tylko i wyłącznie o tym, że sprawdzał treść tej karty, czy nie ma w niej błędów merytorycznych w rozpoznaniu i podobnych.”

W tej sytuacji rzecznik poprosił na rozmowę ordynator, aby wyjaśnił organizację pracy w oddziale. Z jego zeznań wynikało, że kierownik specjalizacji nadzoruje - i  owszem - pracę i rozwój zawodowy rezydenta, ale nie odpowiada za chorych, których ten młody lekarz prowadzi. Nadzorującym pracę z chorymi jest zwyczajowo lekarz - kierownik odcinka, który po sporządzeniu karty informacyjnej przez lekarza prowadzącego, sprawdza ją pod kątem „czy zapisy w niej znajdujące się są zgodne z historią choroby”, podpisuje i przekazuje zastępcy ordynatora, a ten - ordynatorowi. W razie zaś nieobecności szefa odcinka, kartę informacyjną podpisuje „starszy lekarz” dostępny na oddziale i wówczas to na nim - zdaniem ordynatora - ciąży obowiązek jej sprawdzenia.

Okręgowy Sąd Lekarski, stosownie do wniosku Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, ukarał Rezydenta upomnieniem. Wedle uzasadnienia wyroku, odpowiedzialność obwinionego wynika z wykonywania czynności lekarza prowadzącego i z niewnikliwego zapoznania się z dokumentacją lekarską Marii B.

Zgodnie z zasadą legalizmu, tylko organ powołany do ścigania przewinień zawodowych (a zatem rzecznik odpowiedzialności zawodowej) jest władny ocenić, które ze zdarzeń medycznych zawiera znamiona sprzeczności z etyką zawodową  i skierować wniosek o ukaranie do sądu lekarskiego. Obserwatorowi tej sprawy może jednak nasuwać się pytanie, czy aby zakres samodzielności Rezydenta nie był  w tym przypadku nadmierny i czy nie poniósł on winy również za bałagan kompetencyjny na oddziale, na którym pracował?

A na koniec spójrzmy na sprawę nieco futurologicznie, acz jednocześnie - niestety - pesymistycznie. Pod względem liczby praktykujących lekarzy, Polska znajduje się w ogonie państw Unii Europejskiej i jak na razie nie zanosi się, że ich przybędzie. Istnieje zatem obawa, że rezydenci, na których barkach spoczywają obecnie chorzy, tego ciężaru w pewnym momencie mogą nie udźwignąć. Zwłaszcza, że rezydentura lekarska, w przeciwieństwie do tej w archaicznym znaczeniu, nie jest wieczna.

Jerzy Ciesielski

adwokat