Data dodania: 8-03-2016


Jerzy Ciesielski: Medycyna sportowa

Przedsiębiorca - właściciel firmy budowlanej napisał do prokuratora trzy wnioski: - pierwszy - o ściganie sprawców napadu na jego syna Michała, lat piętnaście; - drugi - o wyciągnięcie konsekwencji wobec lekarza (nazwijmy go A), który nie udzielił Michałowi pomocy, narażając go na utratę życia i zdrowia; - trzeci - o wyciągnięcie konsekwencji wobec lekarza (przypiszmy mu literkę B), który nie podał mu swojego imienia i nazwiska.

Z lekarskiej wokandy

W zawiadomieniu zawarto następujące fakty:

Michał, wracając ze szkoły przez park, został pobity i skopany do nieprzytomności przez trzech dresiarzy, którzy zamierzali też ukraść telefon komórkowy, ale spojrzawszy na aparat syna orzekli, że „złomu nie biorą”. Uciekli spłoszeni przez kolegów Michała, którzy pomogli mu wstać i dojść do pobliskiego szpitala, gdzie zbadał go młody lekarz w izbie przyjęć i odesłał na oddział chirurgii dziecięcej w innej placówce, nie podając jej adresu. Syn wrócił do domu, a ojciec wezwał pogotowie i Policję, następnie zaś sam zawiózł Michała do wskazanej wyżej placówki, gdzie chłopakowi udzielono pomocy i gdzie był hospitalizowany przez trzy dni.

Mając pewność, że syn jest pod dobrą opieką, ojciec pojechał - a był już wieczór - do izby przyjęć, z której odesłano Michała (w nomenklaturze szpitala był to SOR, czyli Szpitalny Oddział Ratunkowy), żądając wyjaśnień. Arogancki lekarz bez identyfikatora, który pełnił tam wówczas dyżur stwierdził: „Kim ty jesteś, żebym ci się tłumaczył” i odmówił podania personaliów. Przedsiębiorca drugi raz zatelefonował na Policję, a po przybyciu funkcjonariuszy lekarz, po dłuższym oporze, wylegitymował się, żądając od policjantów zachowania jego danych osobowych w tajemnicy. We właściwych aktach znalazły się potem kserokopie notatników policyjnych, gdzie zapisano m.in.: „lekarz był nerwowy, traktował funkcjonariuszy z wyższością, prowokował do niekulturalnego zachowania się”.

Prokurator wyznaczył przesłuchanie Michała dwa miesiące po zdarzeniu. Najpierw zgłosił się jego ojciec i wyznał, że przebieg wydarzeń był nieco inny. Syn pobił się z dwoma nieznanymi chłopakami o kluby sportowe, jednak ze strachu przed karami - skłamał. Michał potwierdził te słowa: „Bałem się, że ojciec zabroni mi hołdować ulubionemu klubowi i da zakaz wychodzenia z domu oraz korzystania z komputera. Nie mam żadnej urazy do tych dwóch co mnie pobili. Telefonu nikt ode mnie nie żądał. Po bójce przesiedziałem pięć minut na ławce, a dopiero potem pomogli mi koledzy.” Przedsiębiorca wycofał więc wniosek o ściąganie sprawców napadu na jego syna, ale zdecydowanie domagał się wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do obu lekarzy. Sprawę zgłosił równolegle do Okręgowego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej.

Prokurator wszczął postępowanie karne - przygotowawcze wobec lekarza izby przyjęć, który Michałowi nie udzielił pomocy, uzyskując w tej sprawie następującą opinię specjalisty medycyny sądowej. Z opinii tej wynika, że chłopak  doznał urazu głowy z obrzękiem i zasinieniem wokół stawu skroniowo – żuchwowego. Rozpoznano też wstrząśnienie mózgu, któremu nie towarzyszyły żadne obiektywne objawy neurologiczne. Obrażenia nie spowodowały naruszenia czynności narządu ciała na czas powyżej siedmiu dni. Na tej podstawie postępowanie karne umorzono, gdyż lekarz w izbie przyjęć nie naraził chłopca na bezpośrednio niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia, bo takiego - ze względu na zakres obrażeń - po prostu nie było.

W postępowaniu przed ORzOZ lekarz A, będący w trakcie specjalizacji na rezydenturze, zeznał: Nie stwierdziłem obrażeń, które wymagałyby natychmiastowego zaopatrzenia -  opuchlizna i krwiak w okolicy lewej małżowiny usznej. Chłopiec negował utratę przytomności, zawroty głowy, nudności, wymioty, był w kontakcie logiczno – słownym. Z kolei lekarz B twierdził, że zarówno wobec przedsiębiorcy, jak i funkcjonariuszy Policji zachowywał się taktownie.

Rzecznik postanowił poszukać argumentów „za” lub „przeciw” obwinieniu lekarza A o wykroczenie przeciw etyce zawodowej, prosząc o opinie biegłego - profesora specjalisty z zakresu anestezjologii, intensywnej terapii i medycyny ratunkowej. Z opinii tej wynika, że skierowanie pacjenta na oddział dla niepełnoletnich było prawidłowe. Rezydent popełnił jednak błędy formalne, a mianowicie: - nie powiadomił o zdarzeniu lekarza dyżurnego mającego pełne kwalifikacje zawodowe; - podjął decyzje medyczne i administracyjne nie mając takich uprawnień jako lekarz stażysta o niewielkim doświadczeniu zawodowym; - dopuścił do tego, by niepełnoletni opuścił szpital samodzielnie bez należytej opieki.

Lekarz A stanął przed sądem pod zarzutem nie dołożenia należytej staranności w postępowaniu lekarskim przez niesporządzenie dokumentacji medycznej oraz przez niezapewnienia transportu małoletniego na odpowiedni oddział szpitalny. Po okazaniu skruchy, otrzymał karę upomnienia, której celem jest prewencja i wychowanie, a dodatkowo musi pokryć koszty postępowania, łącznie 1063,80 zł (107,10 za korespondencję, 434,72 za opinię biegłego, 400,00 za diety sędziów i 122,00 za delegację jednego z nich). Ponadto dyrektor szpitala udzielił lekarzowi rezydentowi pisemnej nagany za „brak przestrzegania procedur obowiązujących w szpitalu”. Natomiast lekarz B dostał od ORzOZ ustne upomnienie za wieczorny epizod.

Nie na tym koniec, gdyż „głowy posypali popiołem” również zastępca dyrektora ds. lecznictwa szpitala, łącznie z pełnomocnikiem ds. pacjentów i komunikacji społecznej, pisząc do przedsiębiorcy list następującej treści: „Postępowanie lekarza SOR było  niezgodne z procedurami udzielania świadczeń, stanowiło rażące zaniedbanie i świadczyło o braku jego kompetencji, Było też niezgodne z procedurami w zakresie świadczeń medycznych. Lekarz zapewnił, że to się nie powtórzy. Przepraszamy Pana, żonę i syna.” Podobnej treści list przedsiębiorca otrzymał również od właściwego terytorialnie oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia, gdzie również złożył skargę w opisanej sprawie.

Zdarzenie to da się skomentować jednym, krótkim cytatem z Napoleona Bonaparte: „Umysł ludzki ma szczególny pociąg do przesady”.

Jerzy Ciesielski,

adwokat