Data dodania: 20-07-2017


Moim zdaniem: Codzienność matematycznie ograniczona

Koszmar humanisty to najczęściej matematyka. No może nie cała, bowiem wielu z nas wspomina cudowne chwile „przerabiania skomplikowanych układów mnożenia” - zwłaszcza, gdy chata była wolna! Jednak już „zapierwiaszczone” całki i różniczka, jako „wyniczek odejmowanka” czy innej funkcji, spędzały wielu sen z oczu, szczególnie przed maturą. Te narzędzia tortur (rachunek różniczkowy i całki) „wynalazł” Godfryd Wilhelm von Leibnitz (1646-1716) i nie jest prawdą, że po sobie pozostawił także recepturę, dostępnych w marketach, herbatników z pięćdziesięcioma dwoma ząbkami (brak literki „t”).

Funkcje matematyczne mogą być nieograniczone lub ograniczone. Granice funkcji określa się mianem „limes”, co w Imperium Rzymskim oznaczało ufortyfikowany system umocnień wojskowych , stanowionych na jego granicach. A ponieważ każdy ciąg jest funkcją, zatem pojęcie ograniczoności funkcji przenosi się w oczywisty sposób na ciągi. Jeśli zbiór  elementów ciągu umożliwia określenie jego granicy, to taki ciąg nazywa się zbieżnym, w przeciwnym przypadku ciąg jest rozbieżny. Można to odnieść do przestrzeni. W przestrzeni metrycznej, funkcja jest ograniczona, gdy zbiór jej wartości zawiera się w pewnej kuli, gdy kula nie istnieje, zbiór  wartości funkcji jest nieograniczony. Z kolei w przestrzeni liniowo - topologicznej, jeśli jest metryzowalna, zbiór wartości funkcji może być definiowany równoważnie, jako ograniczony lub nieograniczony. Proste prawda? Zupełnie jak w życiu, w szczególności w czasach nam współczesnych.

Swoistymi ograniczeniami są, wprowadzane ostatnio „szeroką ręką” w naszym kraju, różnorakie regulacje, procedury i standardy. Już sama nazwa tych ostatnich stanowi często powód do sporów, bowiem na odmienność jej zapisu i wymowy wskazują puryści językowi (cenię ich ogromnie, bo to ostatni szaniec kultury języka polskiego, taki - można rzec - rzymski limes, którego przekroczyć nie wolno). A gdy owe ograniczenia dotyczą obszarów, gdzie  szczególnie ważne jest utrzymanie wysokiej jakości, mogą one powodować - przy bezmyślnym ich przestrzeganiu - zagrożenia o trudnych do przewidzenia skutkach.

Takim szczególnym obszarem jest niewątpliwie  medycyna, zdrowie oraz jego ochrona, gdzie uprawianie wiedzy, popartej wieloletnim doświadczeniem, jest sztuką, która dzięki zastosowaniu prawidłowej metody pozwala uniknąć błędów. Mądry i odpowiedzialny lekarz nie może być ograniczany urzędniczymi wytycznymi, te bowiem nie są w stanie opisać całej otaczającej nas rzeczywistości (i bardzo dobrze!). Niestety, wielu zarządzeniom  nie można przypisać wyżej wykazanej matematycznej logiki, ale i niektórzy z nas - z sobie tylko znanego powodu - przepisy i procedury stosują tak, jakby chcieli zrobić na złość koledze lekarzowi czy pacjentowi. Postawa taka jest definiowalna jako „ni mom chęci do roboty” (jak w piosence Skaldów „Na wirsycku” z 1986 r., gdzie jest jeszcze kilka istotnych wersów) i nie ma nic wspólnego z przestrzeganiem prawidłowości, a jedynie stanowi zadrę w środowisku.

Przeglądając studenckie podręczniki ze zgrozą stwierdzam, że młodzi adepci medycyny zgłębiają wiadomości na temat zasad postępowania, bezkrytycznie wziętych i żywcem tłumaczonych np. z systemu amerykańskiego. A obserwując niektórych widzę, że z uporem godnym lepszej sprawy błądzą w praktycznym stosowaniu skodyfikowanej wiedzy, pomimo że obok jest lekarz, który posiadł tę trudną sztukę w oparciu o doświadczenie i mogliby z tego skorzystać. I tak zostawieni sami sobie wobec wszechwładnej administracji, nawzajem uczą się, jakim standardom i procedurom muszą sprostać. To jak w powiedzeniu „uczył Marcin Marcina” (czasem rozszerzanym o zdanie: „a sam …” - itd.), wskazującym na kogoś, kto poucza innych, choć sam nie ma stosownej wiedzy bądź umiejętności.

W naszej profesji regulacje i standardy muszą być czasem zastąpione przez improwizację, ale ta ostatnia wtedy tylko przynosi owoce, gdy oparta jest na rzetelnej wiedzy, doświadczeniu i ćwiczeniu. Podobnie jest w pilotażu, gdzie standardem jest prawidłowe wykonanie procedur z tzw. checklisty, ale w lotniczej akrobacji nie ma na nie miejsca. Tu potrzebny jest kunszt, sztuka i doświadczenie, a przede wszystkim trening i dobre przygotowanie. Teoria lotu jest opisana precyzyjnie matematycznymi zasadami, ale latanie to sztuka, to wolność bez ograniczeń, a my przecież mamy wolny, oparty na sztuce zawód. Wysokich lotów.

Paweł Czekalski