Data dodania: 9-07-2016


Moim zdaniem: Zmagania olimpijskie

Raz pewien Grek oprowadzał wycieczkę po swoim kraju. Wskazał na górę i rzekł: „Olimp”. Towarzyszący mu turyści odpowiedzieli: Niemcy - „Ja”, a Rosjanie - „Da”. I z tego wzięła się nazwa „olimpiada”. To żart.

Starożytne zmagania sportowe obwarowane były zasadami. Sama nazwa stanowiła o częstości zmagań. Olimpiada - to okres czteroletni w kalendarzu starogreckim. Na czas olimpiady wstrzymywano waśnie i wojny. Zawodnicy przysięgali, że nie dopuszczą się fałszerstw.  W trakcie zmagań olimpijskich liczył się jedynie zwycięzca. To on przynosił chwałę swojemu polis. Nie przyznawano miejsc drugich i trzecich. Obce były w tym czasie gry zespołowe, zawodnicy zmagali się indywidualnie.

W 1896 r. z inicjatywy francuskiego historyka i pedagoga Pierre'a de Coubertina, w Atenach odbyły się pierwsze zawody wielu dyscyplin pod nazwą Igrzyska I Olimpiady. Nowożytne igrzyska olimpijskie różnią się od starożytnych; może dlatego, że wówczas ogień olimpijski zapalały od promienia słońca dziewice. Współcześnie nie zawiesza się wojen, a uczciwość nie tylko zawodników pozostawia wiele do życzenia. Zmieniły się zasady zmagań olimpijskich i szeroko pojętego sportu. Liczy się udział w zawodach, męstwo pokonywanie własnych słabości. To szczytne cele. Oczywiście, nadal zaszczyty spotykają zwycięzców, ale także drugie, trzecie, a czasem czwarte miejsca są nagradzane. Dopuszczono do gry zespołowe; te w szczególny sposób wymagają współpracy między zawodnikami, zaufania, solidarności w powziętych poczynaniach, jedności w działaniu i dążeniu ku jednemu celowi.

W naszym zawodzie jest wiele paraleli do podanych wyżej faktów. Lekarz w zmaganiach z codziennością pracy może być „zawodnikiem indywidualnym”, ale warto pamiętać, że we współczesnym uprawianiu sztuki lekarskiej coraz bardziej liczy się gra zespołowa. Ogrom wiedzy wręcz wymusza konieczność współpracy, czasy lekarza omnibusa dawno się skończyły. Tak więc zespół, a szerzej pojmując grupa lub lepiej społeczność lekarska, wymaga - podobnie jak gra zespołowa - współpracy, zaufania, odpowiedzialności i solidarności.

Spośród licznych gier zespołowych, szerokim uznaniem cieszą się gry z użyciem piłki („nie do metalu, jak ze znanego dowcipu, ale takiej okrągłej -skórzanej lub gumowej), przy czym z niewiadomej przyczyny zawodnicy tych dyscyplin cieszą się szczególnymi zaszczytami i powodzeniem finansowym. Może więc, idąc za tym przykładem, udałoby się stworzyć jakąś specjalizację w naszym zawodzie, w której atrybutem byłaby piłka, albo chociaż kula? Mogłaby to być np. kula szklana, taka do wróżenia. Zaszczyty i finanse może by wzrosły, bo co prawda realność pomocy pacjentowi byłaby iluzoryczna, ale przy odpowiednim marketingu i poparciu mas mediów poważanie społeczne byłoby wysokie.

Obecnie, uprawiając sztukę lekarską opartą na rzetelnej wiedzy, badaniach naukowych i ciężkiej pracy, nie osiągamy należytego (zgodnie z przysięgą Hipokratesa) wynagrodzenia. Ma na to wpływ także brak solidarności zawodowej oraz liczne grono w naszym środowisku przedstawicieli gry z użyciem kijka i piłeczki, zwanej palantem. Wprawdzie w samego palanta nie grają, bo - jak podejrzewam - nawet nie sprostaliby zadaniom, jakie on stawia, ale reprezentują pewne cechy określane mianem palanciarstwa. Polską stolicą palanta jest Grabów pod Łęczycą, tradycje tej gry sięgają tu XVII wieku, jej zasady są szczegółowo opisane. W Grabowie obchodzone jest doroczne święto palanta, a nad całością czuwa jego król - Adam Rapacki. Podobne gry to niemiecki Schlagball, rosyjska lapta oraz rumuńska oina.

Palant - w innym znaczeniu tego słowa - jest postacią wszechobecną. Na co dzień widzimy go, jadąc samochodem, jak zajeżdża drogę, łamie przepisy, skręca na trzeciego z prawego pasa w lewo i odwrotnie; bo on taki sprytny, sprawny, słowem - istny caruzo kierownicy. Natomiast w pracy wyróżnia się wspaniałą umiejętnością przerzucania obowiązków i odpowiedzialności na innych; taki sprytny i cwany egoista. Nie, on jest tylko „asertywny”. Pisząc te słowa spojrzałem w lustro…

Czy aby czasem sami - tłumacząc sobie swoje zachowania zmęczeniem, frustracją, wypaleniem zawodowym i czymś tam jeszcze - nie prezentujemy „palanciarskiego” stylu bycia? Może warto czasem spojrzeć na siebie krytycznie, by choć trochę się zmienić, poprawić? Może warto posłuchać kolegi, przyjaciela, i choć trochę wyzbyć się tego, co tak piętnujemy u innych. Wśród gier olimpijskich nie ma gry w palanta. Może i dobrze. Może dla naszego środowiska wreszcie nadejdzie olimpijski czas.