Data dodania: 4-05-2018


Paryż z perspektywy maratończyka

Zwiedzanie jednej z magicznych europejskich stolic, jaką niewątpliwie jest Paryż, z reguły wiąże się z wykorzystaniem popularnych środków transportu, jak metro czy autobus. Najpiękniejsze zakątki francuskiej metropolii można jednak również podziwiać „rozpędem” własnych nóg, dla których wyjątkową szansę stanowi „Schneider Electric Marathon Du Paris”. Rozgrywany od 1976 r. bieg na dystansie 42 km 195 m gromadzi co roku tysiące uczestników z całego świata, będąc pod względem liczby uczestników trzecim największym maratonem w Europie.

W tym roku wśród ponad czterdziestu trzech tysięcy uczestników, udział w tegorocznym biegu paryskim wzięło także stu osiemdziesięciu sześciu przedstawicieli naszego kraju, z którymi miałem przyjemność dzielić biegowe kilometry. Na pewno magnesem dla wszystkich przybyłych maratończyków była niezwykle malownicza trasa, przebiegająca przez wszystkie najważniejsze miejsca nadsekwańskiej stolicy. Początek biegu wyznaczono na Polach Elizejskich, które kolorowy peleton biegaczy wypełnił szczelnie na odcinku kilku kilometrów, sięgając niemal do Łuku Triumfalnego.

W niedzielny poranek 8 kwietnia -  obok tysięcy kibiców, okolicznościowych zespołów muzycznych i niezapomnianego zapachu budzącej się wiosny - uczestników przywitała także bezchmurna pogoda, która na pierwszych brukowych kilometrach była nam radosnym sprzymierzeńcem. Kilkadziesiąt minut po starcie, który nastąpił o godzinie ósmej, wielobarwny bezkres biegaczy wypełnił strumieniem paryskie ulice, mijając Luwr i Bastylię, by po nawrocie przy torach wyścigów konnych, przemierzać milowe znaki nabrzeżem Sekwany. Wkrótce spoza owalu mostów wyłoniły się charakterystyczne, niezadaszone wieże Katedry Notre-Dame, pozdrawiające łagodną melodią dzwonów  i wzruszające dziedzictwem historii.

Następne etapy maratońskiego „zwiedzania”  francuskiej stolicy zdawały się jakby nieubłaganie wydłużać swój wymiar czasowy i dzięki temu mogłem napatrzeć się bez reszty strzelistej konstrukcji inżyniera Gustawa Eiffla, a także odczuć pierwsze skutki słonecznego towarzystwa. Od tej chwili jakby coraz dłuższe kilometry asfaltu zaczynały przypominać huśtawkowe wrażenia, okraszone tunelami i zielenią Lasku Bulońskiego, którego zacienione uroki były dla wielu niezmierzonym pragnieniem.

Temperaturowe udręki, połączone z liczbą ponad czterystumetrowych wzniesień na trasie, szybko uleciały bezwiednie, kiedy na horyzoncie pojawiło się upragnione, skąpane w zieleni obramowanie Alei Focha, oznajmiające finiszowe metry. Ten widok trudno opisać komuś, kto tego uczucia nigdy nie doświadczył, jak i trudno wytłumaczyć, skąd nagle następuje dziwny przypływ energii, niosący niczym na skrzydłach do zbliżającej się mety, której minięcie wyzwala uśmiech i uczucie spełnienia. Koszulka „Finishera” i medal, zawieszony na szyi, stały się zwieńczeniem pięknej przygody, która jest i będzie niezapomnianą opowieścią o fascynującym mieście, o wielkiej rodzinie biegaczy i pokonywaniu własnych słabości.

Rywalizacja w takich zawodach, nie licząc profesjonalnej elity, nie ma większego znaczenia, natomiast ważniejsze są: sprostanie stawianym wyzwaniom oraz nauka pokory i cierpliwości, tak nam w życiu potrzebnej.  Oczywiście fakt, że 80% uczestników przybiegło za moimi plecami jest małą satysfakcją, tak jak osiągnięta „życiówka”, ale ważniejsze jest kultywowanie aktywnej pasji, która przenosi nas w inną od zawodowej rzeczywistość. Jeśli dzięki tej pasji udaje się poprawiać kondycję zdrowotną, unikając pułapki uzależnienia, to można w tym wszystkim odnaleźć także drobiny szczęścia. Póki więc nogi mogą was czasem ponieść w nieznane, to proszę, nie stawiajcie oporu.

Grzegorz Mazur

 

PS. Po biegu wracałem do hotelu pieszo z medalem zawieszonym na szyi. Idąc w białej koszulce z małym orzełkiem, mijałem po drodze wielu paryżan, którzy okazywali mi wyjątkowe wyrazy uznania i sympatii. Przez te niewiele ponad tysiąc metrów marszu nie czułem już zmęczenia, ale jakąś nieopisaną radość i poczucie zwycięstwa. Niekiedy, każdy może być zwycięzcą…