Data dodania: 3-03-2016


Prowokacje. Idioci

Definicja idioty dzięki podsłuchom „u Sowy” została ostatnio wzbogacona o aspekt finansowy, dotyczący wysokości wynagrodzenia. Tylko złodziej, albo idiota - zdanie byłej wicepremier - godzi się dostawać 6.000 zł miesięcznie. W tej sytuacji określenie płacy minimalnej poniżej tego poziomu trąci obrazą. Jak wiadomo, można mieć przynajmniej dwojaki stosunek do roli „szmalu” w życiu Polaka: może on być źródłem wszelkiego zła, podobnie jak jego brak. W polskich warunkach, przysłowiowa prawda o pieniądzach, że szczęścia nie dają - podparta w dziecięcych bajkach wizerunkiem mądrej sowy - wali się za sprawą ujawnienia taśm przyjaciół.

Zderzając swoje wynagrodzenia netto osiągane miesięcznie z cytowaną na wstępie opinią, znaczna część naszej lekarskiej korporacji również poczuła dyskomfort. Pociechę można znaleźć, zliczając dochody brutto gromadzone na kilku etatach – wtedy wychodzi na to, że nie jest się przynajmniej idiotą do kwadratu. Praca w wielu miejscach jednocześnie (nie tak miało być!) pozwala na zgromadzenie funduszy, które konkurują z tymi „etatowymi”, chociaż to te ostatnie są szczególnie istotne w tak wrażliwym obszarze, jak zdrowie.

W nieodległej historii wielu naszych kolegów nie chciało dostawać pieniędzy za to, że wykazywali się pracowitością jedynie przy podpisywaniu listy obecności. W dzisiejszych jednak czasach pozyskiwanie pieniędzy za friko nie jest już - jak się wydaje - rzeczą naganną moralnie. Trudno uwierzyć, że wstyd z powodu otrzymywania wynagrodzenia z tytułu „nicnierobienia” miał miejsce, gdy nie obowiązywały kodeksowe oceny etyczne.

W świetle zapisów art. 52 i 59 uchwalonego później KEL, szczególnie naganne jest organizowanie pracy lekarzy przez ich kolegów po fachu, którzy włażą dyrektorom z nominacji politycznych w określone czterema literami miejsce. Ale czy coś z tego wynika? Kolejny lekarz minister opuszcza stanowisko z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, bez refleksji na ile nieliczenie się z opinią swojego środowiska opóźniło wprowadzenie poprawnych rozwiązań systemowych w organizacji ochrony zdrowia w Polsce. Być może nadchodzi czas przełomu, by w wyborach bezpośrednich odnaleźć ludzi z pomysłami, którzy bez nacisków sterowanej demokracji będą mogli przebić się z takimi pomysłami w swoich partiach, czy korporacjach.

Tworzenie państwa istniejącego teoretycznie jest absolutnie nie do przyjęcia.

Układanie list wyborczych  i dokonywanie wyborów pod dyktando kurdupli, intrygantów i pijarowców musi jak najszybciej przejść do lamusa. Malejące zainteresowanie młodego pokolenia sprawami społecznymi i zerwanie więzi pokoleniowych jest ewidentnym pokłosiem słabej kondycji finansowej seniorów, w tym również lekarzy, którzy nie zadbali o właściwe zarządzenie kapitałem materialnym państwa, gromadzonym przy ich wysiłku w latach „młodzieńczego zrywu”.

Po nasilonej w  kampanii prezydenckiej odmianie słów Polska i Polacy, nadchodzi nieuchronnie październikowa kampania parlamentarna z próbami kolejnych zaklęć skierowanych do rodaków. Kto wie, czy słowo „hejt”, które  wypada lepiej niż „podkładanie świni”, nie zrobi w niej dalszej kariery. Mieszanie populizmu z obietnicami bez pokrycia i uleganie amerykańskiemu show wyborczemu, winno się zderzyć z trzeźwymi pytaniami: Kto prowadzi dialog ze środowiskiem medycznym? Kto konfliktuje to środowisko kontrowersyjnymi decyzjami? Kto jest, a kto nie jest za ideologizacją w ochronie zdrowia? Co z  integracją środowiska lekarskiego, jego rolą i oddziaływaniem na system opieki zdrowotnej? Etc., etc…

Oficjalna ekspozycja zdań środowisk medycznych na wyżej postawione pytania, w tym zwłaszcza lekarskiego, może stać się początkiem wychodzenia z coraz powszechniejszego poczucia bezsilności. Przekonanie, że nasze środowisko zacznie w końcu odgrywać znaczącą rolę w konstruowaniu ochrony zdrowia, może uprzyjemnić Polakom wędrówki po coraz lepiej skomunikowanej i estetycznej, bogatej w piękne krajobrazy Polsce. Lekarze czekają na oficjalne i wyczerpujące stanowisko izb lekarskich, zamykające tzw. okres arłukiewiczowski…