Data dodania: 26-03-2016


Słowo Prezesa: Nerwowe dni zapisane „pod piętnastką”

Znów dopisano nam rok bez pytania i znów rachunek dat zakpił sobie z naszej duchowej niezmienności. Czas jednak nie przyjmuje zażaleń i nawet na pogawędkę przystanąć nie raczy. Zamiast więc liczyć na dat zmiłowanie, może lepiej odnaleźć bliskich… Tych, z krainy lat niepamięci.

Nowe dni zapisane „pod piętnastką” zdążyły już odcisnąć swoje piętno niepokojami w podstawowej opiece zdrowotnej, związanymi z trudami negocjacji  Porozumienia Zielonogórskiego z Ministerstwem Zdrowia w sprawie aneksowania dotychczasowych umów z NFZ. Protest związku pracodawców i lekarzy rodzinnych, wobec warunków zaproponowanych przez drugą stronę, próbowano zdławić zmasowanym atakiem medialnym przy nieugiętej postawie sternika ministerstwa, który zamiast zaproszenia do rozmów, sięgał przez kilka dni do retoryki, nawiązującej bardziej do stanu wojennego niż reguł społecznego dialogu. Śledząc przekaz medialny można było nawet odnieść wrażenie, że na czele protestujących stanęła grupa wichrzycieli i biznesmenów o niejasnych powiązaniach, która z pacjentów uczyniła zakładników i za nic ma zawodowe posłannictwo.

Każde negocjacje mają swoją taktykę, ale trudno zrozumieć dlaczego, mając w pamięci doświadczenia poprzednich lat, nie prowadzono ich z kilkumiesięcznym  wyprzedzeniem, by zaoszczędzić wszystkim tej styczniowej próby sił, prowadzącej do gorszącego spektaklu. Najpierw w majestacie prawa uczyniono z lekarzy rodzinnych przedsiębiorców, roztoczono świetlane wizje mechanizmów wolnego rynku w ochronie zdrowia, a kiedy okazało się, że to wszystko nie na rękę władzy, uczyniono z tego zarzut, przypisując lekarzom prymat ekonomii nad etyką.  Rzecz jasna, nie ze wszystkim, co było przedmiotem negocjacji, mógł identyfikować się samorząd lekarski, bo i też nie był stroną w tym sporze, ale nasza Izba nie mogła być obojętna wobec wielu ważnych spraw, widzianych choćby w perspektywie nowych, biurokratycznych obowiązków, prowadzących do dalszego wydłużenia poradnianych kolejek.  Byliśmy jedną z pierwszych izb, które zaapelowały  o wsparcie dla protestujących, wskazując jednoznacznie na potrzebę pilnego rozwiązania sporu na drodze porozumienia.

Początek roku przyniósł naszym podopiecznym nie tylko bolesne doświadczenia, związane z utrudnionym dostępem do lekarzy rodzinnych, ale również organizacyjne zamieszanie, wynikające z nowych zasad leczenia onkologicznego. Zielone karty, mające być przepustką do szybkiej diagnostyki i skoordynowanego leczenia onkologicznej, przyniosły wiele problemów kompetencyjnych, zamieniając niejednokrotnie proste drogi w labiryntowe korytarze. Okazało się bowiem, że przy podejrzeniu nowotworu tylko lekarze rodzinni mogą założyć ową kartę, a specjaliści mimo swojego doświadczenia klinicznego, jedynie wówczas, gdy rozpoznanie onkologiczne potwierdzą, zwłaszcza wynikiem badania histopatologicznego. Zatem,  specjalista nie może wdrożyć szybkiej diagnostyki jeśli zielonej karty nie założy pacjentowi lekarz w POZ. Problem w tym, że nie opracowano żadnych zasad komunikacji w tym zakresie i chyba nie policzono kilometrów, przemierzanych przez pacjentów „w tę i z powrotem”.

Liczba dotychczas wydanych kart też nie może wskazywać na sukces, bo w ponad siedemdziesięciu procentach, obejmuje ona pacjentów leczonych szpitalnie, a zdiagnozowanych w roku ubiegłym. W niektórych szpitalach trwają nerwowe poszukiwania członków obowiązkowego we wszystkich przypadkach konsylium i koordynatora, który ma być dodatkowo strażnikiem terminów, warunkujących finansowanie świadczeń onkologicznych. Dyrektorów szpitali dręczy niepewność, czy z powodu braku zielonych kart, po czterech miesiącach sprawozdawczych, NFZ nie anuluje zakontraktowanych punktów onkologicznych.

W tym całym pakietowym zamieszaniu, gdzieś na samym końcu znalazł się pacjent, nakarmiony nadzieją telewizyjnej reklamy, co krok potykający się o niedoróbki organizacyjne nowego systemu, o spory finansowe, których nie rozumie, o personel - nie wiedzieć czemu zdenerwowany i o kolejki chorych, niecierpliwych jak on. Może więc, czasem warto spojrzeć jego oczami i pomyśleć jak ktoś, komu trzeba - ponad wszystkie marności świata - pomocy…