Data dodania: 26-03-2016


Słowo Prezesa: Szansa na współpracę…

Grudniowym zapachem igliwia, pośród wieczorów rozciągniętych do granic, ogrzewamy myśli, czekające migotania świateł w uśmiechach najbliższych. Melodie rodzinnych spotkań znów wybrzmią nutą spontanicznej radości i tradycji pokoleń. W ten wyjątkowy czas możemy być raz jeszcze razem, dzieląc serce nadzieją i szukając marzeń najskrytszych, nawet jeśli...

Wyjątkowy jest też rok, przebiegający pod znakiem niekończących się kampanii i zmian, których wymiar personalny i systemowy przyjdzie nam weryfikować przez najbliższe miesiące, a może nawet lata. Po czerwcowej zmianie na stanowisku ministra zdrowia, w listopadzie nastąpiła kolejna, tym razem związana z objęciem władzy przez inną formację polityczną. Tak więc mamy już trzeciego sternika resortu zdrowia w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, co w annałach naszej pamięci trudne jest do powtórzenia. Jednak znacznie większą osobliwością listopadowego przesilenia jest powierzenie teki ministra w nowym rządzie Konstantemu Radziwiłłowi. W taki oto sposób, pierwszy raz w historii resortowe kierownictwo powierzono byłemu prezesowi Naczelnej Rady Lekarskiej. Wielkie to wyzwanie dla nowego szefa resortu, bo jak żaden z jego poprzedników zna dogłębnie problemy funkcjonowania systemu ochrony zdrowia, widziane z perspektywy samorządu lekarskiego. Na te problemy niejednokrotnie zwracały bowiem uwagę apele i stanowiska NRL, których był on pomysłodawcą i autorem, a często również medialnym wyrazicielem.

 

Dziś cały ten dorobek samorządowy jest wielkim atutem nowego ministra, który powinien zaowocować podejmowaniem reform nie tylko zgodnych z potrzebami pacjentów, ale też z oczekiwaniami lekarzy i lekarzy dentystów. Czekamy więc na odejście od nadmiernej ekonomizacji medycyny, sprowadzającej lekarza do roli regulatora rynku świadczeń zdrowotnych, przytłoczonego ponad miarę obowiązkami biurokratycznymi. Z niecierpliwością wyglądamy decyzji w sprawie likwidacji obowiązku określania poziomu i rodzaju uprawnień do leków refundowanych przy wystawianiu recept oraz zmiany zasad leczenia onkologicznego, opartych na powszechnie krytykowanym „pakiecie onkologicznym”. Liczymy też na przywrócenie stażu podyplomowego i zwiększenie dostępności do specjalizacji, czego oczekują zwłaszcza młodzi lekarze i lekarze dentyści.

 

Będziemy pilnie śledzić losy tych i wielu innych postulatów z nadzieją, że nie zagubią się w pałacyku przy Miodowej i nie natrafią na barierę urzędniczej niemożności. Zanim jednak pojawią się pierwsze projekty rozwiązań systemowych, przychodzi nam poruszać się w przestrzeni rządowych zapowiedzi, które z racji poziomu ogólności jednych napawają optymizmem, a innych trapią niepewnością jutra. Dla jednych cenne są słowa o przywróceniu podmiotowości pacjenta i humanizacji pracy lekarza, a innym sen z powiek spędza wizja nieuchronnych zmian w zakresie sposobu finansowania opieki zdrowotnej, odczytywana jako wstęp do likwidacji Narodowego Funduszu Zdrowia. Jeśli zaś połączyć powrót do finansowania budżetowego z oddzieleniem publicznej i prywatnej ochrony zdrowia, to znaków zapytania pojawia się jeszcze więcej.

 

Trudno jednak obecnie zagłębiać się w analizie wszystkich ministerialnych poczynań, jakie czekają nas w najbliższej przyszłości, gdyż jesteśmy jakby na etapie drogowskazów, otoczonych mglistym krajobrazem piętrzących się hipotez i domysłów bez końca. Bardziej istotne wydaje się szukanie odpowiedzi na pytanie, czy nowy minister zdrowia zmieni podejście do społecznych konsultacji, które dotychczas pozostawiały wiele do życzenia. Wydaje się, że szansą na zmianę nieformalnego obyczaju pomijania głosu środowiska lekarskiego w podejmowaniu rozwiązań legislacyjnych jest właśnie samorządowe doświadczenie obecnego ministra. Nawet więc mając w pamięci ludową mądrość o tym, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, nie ustaję w przekonaniu, że szansa na współpracę ma wymiar historyczny. Wierzę w to, że można pogodzić nowe kompetencje i odpowiedzialność z szacunkiem dla własnej przeszłości i wiernością głoszonym zasadom. Obejmowanie nowych stanowisk, nawet bardzo odmiennych społecznie, nie musi przecież oznaczać przejścia na… „ciemną stronę mocy”.