Data dodania: 27-09-2017


Słowo Prezesa: Diabeł - jak zwykle - tkwi w szczegółach

Kolory złota i brązu znów okryły się chmurną szarością, gubiąc radość jesiennych spacerów w otchłani przemokniętych zwiędłości. Kilometrom przydrożnych mokradeł pospiesznie kłaniają się wycieraczkowe pióra, a nasze spojrzenia niestrudzenie szukają błękitu. Zanim przyjdzie doczekać jasności, trzeba czasem zachwycić się koncertem kropel, spadających rytmem duszy.

Ostatnie tygodnie przypomniały nam dobitnie o tym, że lekarze to nie cyborgi i kres swojej wytrzymałości mają. Przypadki zgonów przemęczonych lekarzy w miejscu pracy, stały się przyczynkiem do szerokiej debaty o normach czasu pracy, obowiązujących w naszym systemie opieki zdrowotnej. Jak wynika z danych samorządu lekarskiego, medycy pracują przeciętnie sześćdziesiąt godzin w ciągu tygodnia, a kilka procent naszej populacji przekracza nawet sto godzin. Nie ulega wątpliwości, że zasadniczą tego przyczyną jest niedobór kadr, który sprawia, że wielu pracodawców godzi się na obciążanie lekarzy nadmiernymi obowiązkami. Często obok presji, jaką wywierają na lekarzy osoby na kierowniczych stanowiskach, preferowane są w takich podmiotach umowy cywilnoprawne, będące skutecznym sposobem ominięcia unijnych dyrektyw, ograniczających tygodniowy wymiar czasu pracy.

Istotnym czynnikiem, sprzyjającym przepracowaniu lekarzy, są także niskie zarobki, które zmuszają liczne grono naszych koleżanek i kolegów do poszukiwania dodatkowych źródeł utrzymania. Samorząd lekarski wielokrotnie przypominał  swoim członkom o potrzebie roztropności przy podejmowaniu obowiązków zawodowych, mając na względzie bezpieczeństwo pacjentów, jak i własne. Ministerstwo Zdrowia też jest świadome powyższej sytuacji, ale - jak dotychczas - odpowiedzią na związkowe apele o podjęcie stanowczych działań restrykcyjnych, był komentarz jego przedstawiciela, podkreślający trudny wybór między zmęczonym lekarzem lub żadnym.

Szansą na zmianę obecnej sytuacji może być zwiększona o blisko tysiąc liczba studentów medycyny w naszym kraju. Czy uda się z tej szansy skorzystać, będzie zależeć od perspektyw rozwoju zawodowego absolwentów uczelni medycznych, których ośrodki utworzono już w każdym województwie. Jeśli jednak obecne akcje protestacyjne młodych lekarzy nie doprowadzą do znaczącego wzrostu ich uposażeń, może się okazać, że zwiększony nabór na rodzime studia medyczne przełoży się bardziej na przyrost naszych lekarzy w innych krajach wspólnoty unijnej.

To, że młodym lekarzom wciąż jest u nas „pod górę”, przekonaliśmy się w ostatnich dniach na przykładzie wprowadzonego w maju tego roku Systemu Monitorowania Kształcenia. Okazało się, że elektroniczny system, który miał uwolnić lekarzy od osobistego dostarczania dokumentów niezbędnych do ubiegania się o specjalizację, spowodował wśród nich wiele zamieszania. Zamiast kserokopii dokumentów, poświadczonych za zgodność z oryginałem przez pracowników urzędu wojewódzkiego, kandydaci na rezydenturę, przed wysłaniem ich w formie elektronicznej, zmuszeni zostali przez ów system do przekazania skanów, potwierdzonych przez… notariusza.

Błędy oprogramowania SMK doprowadziły również do wygenerowania fałszywej informacji o miejscu zdawania LEK dla ponad dwustu osób, z których część - z powodu braku automatycznej weryfikacji prawa wykonywania zawodu - zmuszona została odłożyć swoje podejście do tego egzaminu o pół roku. Po tych doświadczeniach trudno nie mieć obaw o funkcjonalność czekającej nas w niedalekiej przyszłości elektronicznej dokumentacji, czy przygotowywanej wymiany obecnych praw wykonywania zawodu.

Zdobycze ówczesnej cywilizacji obejmują coraz szersze przestrzenie naszej działalności i trudno im się sprzeciwiać, tak jak trudno negować potrzebę korzystania z telefonu komórkowego, czy komputera. Naczelna Rada Lekarska, na swym ostatnim posiedzeniu, pozytywnie odniosła się zatem do celu, jakim ma być zastąpienie „książeczki” PWZ dokumentem w postaci karty elektronicznej, wyposażonej w podpis kwalifikowany. Jednak analiza przedłożonego projektu zmian ustawowych, dotyczących nowego dokumentu, utwierdziła nas w przekonaniu, że - jak zwykle - diabeł tkwi w szczegółach.

Mając na względzie obowiązki okręgowych izb lekarskich, dotyczące logistyki całego przedsięwzięcia, członkowie NRL uważają, że wymiana PWZ musi zostać całkowicie sfinansowania z budżetu państwa i niezbędne jest należyte jej przygotowanie. Zmiany nie są przecież po to, by udowodnić potrzebę swojego istnienia, ale po to, by życie stawało się łatwiejsze…