Data dodania: 4-02-2018


Słowo Prezesa: Kilka refleksji u progu nowego roku

Kapryśna aura wciąż nie pozwala nam zanurzyć się w bieli i zgubić mgliste szarości horyzontów. Zimowej jasności potrzeba nam czasem niczym leku na niepogodę ducha, zwiędłość nadziei i pustkę samotności. Niech więc te nowe dni, pisane już osiemnastką, pozwolą oświetlić nasze drogi widokami celów i zmian, które przywiodą nas do lepszej rzeczywistości. Jak głębokie zmiany w funkcjonowaniu systemu opieki zdrowotnej nastąpią w rozpoczynającym się roku - czas pokaże, ale oby nad ich skutkami przychodziło nam częściej pochylać się z nadzieją niż rozczarowaniem.

Kolejne miesiące funkcjonowania  „sieci szpitali” pozwolą ocenić na ile zamiana zasad rozliczeń punktowych na ryczałtowe przy umowie z NFZ wpłynęła na kondycję placówek medycznych. Wkrótce czeka nas natomiast awizowana przez  Ministerstwo Zdrowia ustawa o jakości, która ma wymusić spełnienie określonych wymogów zapewniających bezpieczeństwo pacjentom. Obok akredytacji, przyznawanej dotychczas przez Centrum Monitorowania Jakości, placówki będą zobowiązane do uzyskania autoryzacji, niezbędnej do utrzymania się w „sieciowym systemie”. Z akredytacją będzie się jednak wiązało spełnienie dodatkowych standardów, np. w zakresie higieny czy warunków lokalowych, a to - jak podkreślają dyrektorzy niektórych szpitali - spowoduje kolejne dla nich obciążenia biurokratyczne oraz finansowe, sięgające nawet kilku milionów złotych.

Istotne zmiany nastąpią także w zakresie medycyny rodzinnej, co z kolei będzie efektem wprowadzenia tzw. opieki koorydynowanej, która lekarza POZ,  wystawiającego skierowanie na dalsze leczenie ambulatoryjne, zobowiązuje do wyznaczenia pacjentowi konkretnego specjalisty, z którym musi podpisać umowę na „podwykonawstwo”. To rozwiązanie ma sprzyjać zmniejszeniu liczby wizyt w AOS, która - zdaniem ministerstwa -  jest nadmiernie obciążona. Powyższe zmiany chyba jednak nie dotykają najważniejszych spraw opieki zdrowotnej, których rozwiązania oczekują zarówno pacjenci, jak i lekarze.                                                                                                               Od dziesiątków lat borykamy się z nawałem ciągłych problemów w ochronie zdrowia, pośród których niedofinansowanie przylgnęło do niej chyba na wieczność mocą kolejnych ekip rządzących, niezależnie od politycznej orientacji. Brak wzrostu zdrowotnych nakładów tłumaczono społeczeństwu złą organizacją albo marnotrawstwem, a przede wszystkim ważniejszymi potrzebami w innych sektorach rodzimej gospodarki. Zdrowie nigdy nie odgrywało roli priorytetowej w naszym państwie, wydatki na ten cel od dobrych kilkunastu lat nie ulegają więc zmianie, sytuując nasz kraj w końcówce europejskich rankingów. A bez zwiększenia zdrowotnych nakładów nie da się skrócić kolejek pacjentów i zapewnić wszystkim pełnego zakresu opieki zdrowotnej.

Jeśli do tej finansowej mizerii doda się braki kadrowe wśród personelu medycznego, to sytuacja wydaje się nie tylko poważna, ale wręcz alarmująca. Tym bardziej, że wielu specjalistów w naszym kraju wkrótce osiągnie wiek emerytalny, a młodzi medycy zaczynają coraz częściej rozglądać się za poszukiwaniem godnej pracy za granicą. Obecny protest, związany z wypowiadaniem klauzuli opt-out jest jaskrawym dowodem na to, jak duża część lekarzy, dla zapewnienia ciągłości opieki szpitalnej, zmuszona jest pracować po trzysta, a nawet czterysta godzin miesięcznie.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że aby wykonywać nasz zawód w zgodzie z normami unijnymi, które ograniczają liczbę godzin pracy do czterdziestu ośmiu godzin w tygodniu, potrzeba dodatkowo co najmniej kilkunastu tysięcy lekarzy, a tego nie osiągnie się z dnia na dzień. Niezbędny jest pewien okres przejściowy, w którym resort zdrowia zapewni funkcjonowanie systemu, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom protestujących.

Na pewno nie rozwiąże tego problemu ministerialne rozporządzenie o możliwości łączenia dyżurów na dwóch różnych oddziałach szpitalnych, bo bezpieczeństwa pacjentom nie zapewni ani chirurg na ginekologii, ani okulista na ortopedii. Wyjściem z sytuacji nie może też być zapowiadane przez ministra skrócenie formalności dla pozyskania lekarzy zza wschodniej granicy, bo nie pozwalają na to choćby nasze unijne zobowiązania. Trzeba więc szukać rozwiązań kompromisowych na drodze dialogu, by nie skazywać naszych pacjentów na niepewność u progu nowego roku.