Data dodania: 21-10-2018


Słowo Prezesa: O gorących kartoflach, wyborach, pseudologii i… jesiennej zadumie

Roczny cykl zmian pór roku nieuchronnie żegna lato i nakazuje nadejście jesieni. Na naszej, północnej półkuli, przyjmując wszechświat jako odniesienie, będzie trwała od 21 września do 20 grudnia. W innej płaszczyźnie odniesienia, np. biorąc po uwagę meteorologię, rozpoczęła się już 1 września, a potrwa do 30 listopada. Jak by nie patrzeć, to gdy ten numer „Panaceum” dotrze do rąk Czytelników, lato zakończy swe panowanie i będziemy mieli jesień.

Wracając na chwilę do lata, to było w tym roku bardzo gorące, można rzec, że w naszym lekarskim świecie wręcz… gotowało się. Atmosferę podgrzewał projekt „6,0% PKB na zdrowie”. Bo to i niejasne przepisy, i opieszałość w realizacji, wreszcie istotne różnice w zapisach. Co innego ustalono, a nieco inaczej zapisano. W tym ostatnim aspekcie, pokolenie kolegów, opętanych mocą komputerów, raczej nie powinno się dziwić, bo lutowe ustalenia to jakby wersja demo, a „na rynek” opracowano wersję ostateczną. Co prawda niektórzy z nas uprzedzali o takiej możliwości (pamiętając newsy tzw. radia Erewań w stylu „w Moskwie rozdają samochody”, gdy tak naprawdę to w Leningradzie kradli rowery), jednak to była nieliczna grupa.

Tak czy owak, ustawę klepnięto, prezydent ją podpisał (wreszcie!) i nastąpiła faza jej realizacji. Problem w tym, że we wspomnianym „6,0% PKB” nie ma słowa o wyodrębnionych pieniądzach na poszczególne cele, np. na pensje lekarskie, o sprzęcie medycznym czy rozwoju już nie wspomnę. Jest jedynie podana globalna, wyrażona w procentach, wielkość PKB przeznaczona na ochronę zdrowia, czyli na taki enigmatyczny twór-potwór pożerający kasę. Przy czym wielkość ta nadal przypomina stan wód w niektórych rzekach (w „dolnej strefie stanów niskich”), ale cóż – sorry, taki mamy klimat, susza i tyle.

Jesienią, w porze wykopków (nota bene, kto pamięta wyjazdy na wykopki?), popularne były ogniska i pieczenie ziemniaków. Zawsze wówczas pozostawał problem wyciągnięcia gorącego kartofla z żaru. Co sprytniejsi stosowali metodę wygarniania kijem, ale byli i tacy, którzy korzystali z pomocy innych – tak by rączek nie poparzyć, a upieczony ziemniaczek zjeść. Dzisiaj co prawda bardziej popularne jest grillowanie, ale technika wyciągania gorącego kartofla z ogniska jest stosowana w innych sferach codzienności, zwłaszcza w okresie wyborów. Daje się zauważyć wzmożoną aktywność spryciarzy, co to zawsze gdzieś kandydują, bo może jakiś frajer na nich zagłosuje.

Kolesie (i koleżanki) stosują technikę korzystania z czyichś rączek do wyciągania gorących kartofli. A ognisk w „branży” nie brakuje, bo to różnice płacowe i obciążenie pracą nierównomierne, ponadto wiele innych, spornych kwestii. Nowy pomysł ministerstwa w sprawie ostrych dyżurów w szpitalach (które – jak pamiętamy – działały na zasadzie: nie przyjąć pacjenta, przetrwać z nim do rana i odesłać do obejmującej dyżur placówki), to kolejny powrót do przeszłości. Mamy już wszak opiekę koordynowaną (na wzór dawnych zintegrowanych ZOZ-ów), a możemy jeszcze powrócić – co podpowiadamy ministerstwu – do rejonizacji i stałych dyżurów szpitali „na rejonie”.

Do odkrywania tego, co już dawno odkryte, jesteśmy przyzwyczajeni, choć do tej pory było to domeną młodych. Teraz lekiem „na całe zło” mają być szpitalne dyżury, pozostaje tylko drobnostka: Co z chorymi bez skierowań, zgłaszającymi się do izb przyjęć, żeby ominąć kolejki w opiece ambulatoryjnej? A co z tymi pacjentami, co to kolega lekarz lekką rączką kieruje do szpitala koledze lekarzowi, a ten z powrotem odbija ich do przychodni? Myślę, że potrzeba nam więcej empatii, nie żeby zaraz być WWO czy HSP (polecam lekturę podręcznika psychologii), za to może trochę mniej asertywności? Asertywność jest naszym prawem, ale nie moralnym obowiązkiem i warto uszanować prawa innych, zwłaszcza że pośród nich jest wiele highly sensitive people (czyli wysoko wrażliwych osób). To na nich wszystkich żerują różne „energetyczne wampiry”. Wydaje się, że na tej zasadzie działają m.in. organizatorzy naszej pracy, a niekiedy także… nasi pacjenci. I jak tu nie być asertywnym?

A jeśli już dotykamy sfer psychologicznych, to warto wspomnieć o pseudologii – schorzeniu występującym ostatnio w szeroko pojętej propagandzie, która sama w sobie – o ile jest etyczna i niekłamliwa – może nam służyć z pożytkiem, chyba że staje się patologiczną skłonnością do konfabulowania (jak w przypadku uznania za sukces pilotażu e-recept, z którego miały okazję skorzystać trzymiesięczne oseski oraz dziewięćdziesięciodwuletnie babunie). Pominę milczeniem telewizję, bo tam – w niektórych kanałach – wszyscy trafiają w samo sedno (a już Wojciech Młynarski pisał: „Czy ci ludzie w jednej chwili tacy mądrzy się zrobili, czy to sedno się zrobiło takie duże”), ale nie dajmy sobie wmówić, że „czarne jest czarne, a białe jest białe” (czy jakoś tak!).

Uczmy się propagandy, bo nie ma co marzyć o tzw. samo nakrywającym się stoliczku. Samo się nie zrobi, nawet cudzymi rękoma. Jak chcemy, żeby „Pan Bóg” nam pomógł, to najpierw trzeba sobie pomóc samemu. Propaganda, zgodnie z jej naukowym aspektem, ma wówczas szansę oddziaływania, gdy jest popierana przez tzw. wykształcone klasy. Na inne (władzę czy media) mamy mniejsze możliwości wpływu lub żadne. Zatem i my stwórzmy naszą własną propagandę, np. w stylu: „szanuj lekarza swego, bo możesz nie mieć żadnego”, albo… „lekarz lekarzowi człowiekiem” (w myśl łacińskiego – lupus lupum homoest, czy jakoś tak).

Powróćmy jednak do… jesieni, czasu zbiorów i robienia zapasów na zimę. Jesienią można pojechać na wykopki ziemniaków („gdy się w zacierze wonnym dusi bulwa na świeży spirytusik” – Janusz Kofta), można też na grzyby lub na ryby (jak w Kabarecie Starszych Panów). Można również zachwycać się kasztanami (Natasza Zylska, cover Edyty Górniak), czy wreszcie przypomnieć sobie o ukochanej osobie („Mimozami jesień się zaczyna” – wiersz Juliana Tuwima, muzyka Marek Sart, wykonanie Czesław Niemen).

A tak przy okazji, to warto jest wspomnieć tej jedynej o bynajmniej nie jesiennym uczuciu, bo tylko Ona może tak czule wskazać, że ten siwy włos na Twojej skroni, to nie babie lato („Pierwszy siwy włos” – Marta Mirska). Młodość przemija, zostaje jesień pełna uczucia, wspaniała jak w piosence „Indiańskie lato” (Joe Dassin):

„Wiesz, nie byłem nigdy tak szczęśliwy jak tamtego ranka […]

Była jesień, pogodna jesień

[…] nazywa się tę porę babim latem […]

Całe życie będzie podobne do tamtego ranka”.

Jesiennej zadumy, uczucia dobrego dla wszystkich. Pogodnej, obfitej w dobra, wspólnej z najbliższą osobą jesieni – życzę nam wszystkim.