Data dodania: 5-05-2016


W poszukiwaniu oznak śmierci...

Dziennik Łódzki/Bogumiła Kempińska-Mirosławska

W XVIII w. szerzył się paniczny lęk przed pogrzebaniem za życia. Z ust do ust przekazywano historie o wydobytych z grobu trumnach noszących od wewnątrz ślady zadrapań. Szerzyły się opowieści z prosektoriów o „obudzonych” podczas sekcji zwłok - pisze Dziennik Łódzki.

W pochmurny listopadowy dzień z parafialnego kościółka jednej z podparyskich miejscowości wyruszył skromny kondukt żałobny: ksiądz, wdowa po zmarłym i kilkoro sąsiadów. Szli w milczeniu, nie spoglądając na siebie, jakby w obawie, że znowu doświadczą tego przejmującego do szpiku kości uczucia grozy, które zaledwie trzy dni wcześniej było ich udziałem. Wówczas to zgromadzeni nad grobem ci sami żałobnicy, żegnali tego samego zmarłego.

Rzucając na jego trumnę grudy ziemi, szeptali: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. A jednak - nie! Ku swojemu przerażeniu usłyszeli dochodzące z grobu stukanie, potem łomot, a następnie głuchy krzyk. Gdy otworzyli trumnę zobaczyli, że ten, którego przed chwilą opłakiwali - żyje! Ale cóż, radość z przywrócenia do świata żywych, jaka pojawiła się po pierwszym szoku, trwała jednak u niedoszłego nieboszczyka krótko. Po dwóch dniach śmierć ostatecznie i tak go dosięgnęła. Tym razem jednak mężczyzna zadbał o to, by nie doświadczyć po raz drugi grozy pogrzebania za życia. Poprosił, aby lekarz stwierdziwszy zgon, naciął naczynia krwionośne, upewniając się w ten sposób o jego nieodwracalności. Mimo to żałobnicy, idąc po raz drugi w kondukcie, myśleli z obawą: czy aby na pewno? Takie i inne opowieści były w XVIII w. powszechnie znane. Stanowiły wyraz szerzącego się lęku przed pogrzebaniem za życia. Z ust do ust przekazywano historie o wydobytych z grobu trumnach i noszących od wewnątrz ślady zadrapań; o trumnach, w których znajdowano szkielety ułożone w innych, niż to miało miejsce przy pochówku, pozach; o noszących ślady krwi zwłokach kobiety i leżącym przy niej martwym ciałku narodzonego już w trumnie dziecka. Szerzyły się mroczne opowieści z prosektoriów o „obudzonych” podczas sekcji zwłok nieboszczykach. W XIX w. ukazało się na ten temat wiele książek. Jedna z nich, autorstwa niemieckiego lekarza i okultysty Franza Hartmanna (1838-1912), została wydana w 1895 r. pt. „Pochowany żywcem”. Autor zawarł w niej opisy ponad 700 przypadków przedwczesnego pochówku. Środowisko medyczne wyraźnie zdystansowało się od publikacji, mimo to zrobiła ona swoje - wzbudziła wśród ludzi przerażenie.

Niektórzy, chcąc uniknąć sytuacji pochowania za życia, chwytali się różnych sposobów. W XIX w. powodzeniem cieszyły się „trumny bezpieczeństwa”. Zaopatrzone w różne dodatkowe akcesoria: dzwonki, chorągiewki, włączniki światła miały umożliwić „obudzonemu nieboszczykowi” wszczęcie alarmu. Jedną z takich trumien zaprojektował szambelan dworu cara Aleksandra III, Kajetan hrabia Karnice-Karnicki. W wieku trumny wywiercono otwór. W nim umieszczono jeden koniec rury i umocowano tak, aby przylegał do klatki piersiowej zmarłego. Na drugim, wystającym na powierzchnię, końcu montowano wentylator, chorągiewkę i dzwonek. Jakikolwiek ruch w trumnie powodował ich uruchomienie. Wentylator dostarczał zamkniętemu w niej nieszczęśnikowi powietrza, dzwonek i chorągiewka alarmowały otoczenie.

Czytaj więcej: http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/9044813,w-poszukiwaniu-oznak-smierci,id,t.html