Data dodania: 26-03-2016


Z krwi i ziemi kamień pamięci ofiar - powstańców’44 winien być utoczony

1 sierpnia 1944 roku – nad Warszawą zawisło stężałe od gorącego dnia pełni lata powietrze. Ale dawało się wyczuć coś jeszcze, jakiś niepokój - inny niż w „zwykłe” dni okupacji, jakieś napięcie, ten szczególny rodzaj wyczekiwania na wydarzenie, o którym się powszechnie nie mówi, ale które wywołuje lęk i nadzieję jednocześnie, i które musi nadejść. Nadeszło. O godzinie 17.00 wybucha w Warszawie powstanie: tragiczne i bohaterskie zarazem, będące zrywem ducha i klęską materii; w sowieckiej Polsce przez lata spychane w zapomnienie i domagające się od Polski Odrodzonej należnego mu miejsca w pamięci kolejnych pokoleń Dla powstańców było ono zarówno początkiem, jak i końcem życia: dzieci stały się dorosłe, młodzież dojrzała. Dziewczęta i chłopcy - wiele, zbyt wiele z nich zginęło, ale dla tych, co przeżyli, już nic nie było takie same jak wcześniej. Nie da się zapomnieć obrazów grozy tamtych dni. A przed oczyma wciąż pojawiają się twarze powstańców…

O bohaterstwie powstańców chce pamiętać łodzianka – emerytowana profesor Maria Gołębiowska, zasłużona lekarka, pediatra, jak mówi o sobie – udzielający pomocy świadek powstania warszawskiego. Chce też, aby pamiętali o nich łodzianie. Wspiera ją w tym mąż, Henryk Gołębiowski - pseudonim „Kaczor”, walczący w powstaniu żołnierz Armii Krajowej pułku Baszta.

To z inicjatywy państwa Gołębiowskich w 2014 roku udało się „naznaczyć” w Łodzi stosowne miejsce nazwą, będącą świadectwem pamięci o powstańcach. Tym miejscem jest Skwer im. Powstańców Warszawskich, teren u zbiegu Al. Grzegorza Palki i ul. Wojska Polskiego. Musiało jednak minąć aż 70 lat od tragicznych wydarzeń…

 

„(…) Pogodne było niebo sierpniowe,

gdy wyglądano przylotu ptaków.

Żołnierzyk młody, raniony w głowę,

bez amunicji szedł do ataku (…)

 

W sierpniu 1944 r. Maria Gołębiowska, wówczas jeszcze Michalska, była dziewiętnastoletnią studentką drugiego roku medycyny na tajnych kompletach Uniwersytetu Ziem Zachodnich, czyli Uniwersytetu Poznańskiego w Warszawie. W czerwcu przeszła szkolenia sanitarne w poradni chirurgicznej na Woli, pod koniec lipca zdała u prof. Edwarda Lotha bardzo trudny egzamin z anatomii. W dniu wybuchu powstania była ze swoja matką, przyszłą teściową i młodszą siostrą w domu przy ul. Elektoralnej 1, róg ul. Przechodniej. Ku zaskoczeniu i rozpaczy matki czternastoletnia Lusia wyruszyła natychmiast na powstańcze barykady. Maria czekała na rozkaz, gdzie ma się stawić. Do walki ruszył także Henryk Gołębiowski, wówczas jej narzeczony. Pożegnali się rano, nie wiedząc, czy jeszcze się spotkają. Maria, jej matka i matka narzeczonego pierwsze dni spędziły głównie w piwnicach.

 

- Z każdą godziną piwnice były coraz bardziej przepełnione, pomiędzy piwnicami domów wyburzano przejścia, gromadzili się mieszkańcy z tobołkami i napływali uciekinierzy z Woli. Docierały do nas okropne wieści o tym, że Niemcy zabijają wszystkich bez wyjątku. W moje imieniny, 5 sierpnia, do piwnicy wpadli nagle własowcy – zamroczeni środkami odurzającymi i alkoholem zaczęli strzelać na oślep. Wszyscy żywi zostaliśmy wywleczeni na podwórze, ustawieni pod ścianą, czekaliśmy na ostatni strzał. Oko w oko ze śmiercią, to przerażające…

 

Próbuję poczuć w sobie to przerażenie, zamykam oczy, widzę ludzi, ręce w górze, przede mną ścianę, za mną… - nie wiem, nie potrafię. Siedzę w przytulnym pokoju, na półkach książki, zdjęcia, drewniane figury świątków i Chrystusów, na stoliku parująca herbata i pachnące ciasto. To trzeba było przeżyć, doświadczyć, bez tego nie sposób poczuć każdą komórką swego ciała, zbyt ciepło jest, zbyt bezpiecznie…

 

- Kopiąc wypędzono nas jednak na ulicę, najgorzej było właśnie 5 sierpnia, rzeź na Woli. Niemcy zaganiali powstańców do kościołów, a tam rozstrzeliwali. Ja, moja mama i przyszła teściowa próbowałyśmy się wydostać… Wiedziałam, że gdziekolwiek by nie pójść, tam czeka nas śmierć. Nie mówiłam mamie, nie chciałam jej martwić. Ale ja na szczęście czułam w sobie siłę, której jej brakowało. Szłyśmy w nurcie innych osób, pod nogami ciała tych, którzy szli przed nami, dużo ciał, pełno ciał…

 

Chcę zobaczyć w wyobraźni ten obraz, znowu przymykam oczy, stopami dotykam miękkiego, ciepłego dywanu, szukam nimi czegoś po omacku, jakbym chciała zrobić krok do wyjścia – ale ja nie muszę nigdzie iść, nigdzie uciekać, nie muszę się bać, i… nie potrafię sobie wyobrazić dywanu z ludzkich ciał wyściełającego ulice powstańczej Warszawy…

 

„Szli, szli, szli,/Zgarbieni, zbłoceni, we krwi.
Przez wieczór bez końca,/Wśród nocy bez końca,
Sunęła, sunęła/Gromada milcząca (…)”

- Przede mną idą inni, obok też jacyś ludzie, w powietrzu gryzący dym palącej się Warszawy, groza, ruiny, śmierć. Niemcy gonią nas przez cały dzień ulicami, na przedmieścia. Nie ma ratunku. Kątem oka dostrzegam kartoflisko i pojawia się myśl, może schować się w to kartoflisko? Chowamy się, czekamy, zachód słońca, tłum poruszał się nadal, ale coraz mniej było pilnujących, my niezauważone ruszamy w stronę widniejących niedaleko zabudowań. Przedostajemy się już poza granice Woli, w małą uliczkę Włoch, obecnie dzielnicy Warszawy; wówczas przy tej ulicy stały zaledwie cztery domy… Pukamy do drzwi pierwszego z nich. Wychodzi mężczyzna. W odpowiedzi na moją prośbę o pomoc, rzuca: „Mamy już dość warszawiaków”…

Podążam za słowami opowieści. Zmęczone, przerażone kobiety pukają do drzwi drugiego domu – to samo, trzeciego – też, czwartego – także. Nie ma nadziei. Umarła, może gdzieś na ulicach Warszawy. A jednak… zza czwartego domu wychodzi mężczyzna.

- … i pojąć nie może, jak można było odmówić pomocy. Zgadza się na to, byśmy zostały w domu w piwnicy, ale po namyśle idzie zapytać żony, czy może jednak wziąć nas do siebie, do mieszkania. Po kilku minutach wraca i podążamy za nim na piętro, a tam kuchnia, pokój, tapczan - oddali nam do spania swój tapczan! Dali wody do mycia i coś do jedzenia. Poczułyśmy się wreszcie bezpieczne i położyłyśmy się spać we trzy na jednym tapczanie. Co za radość!

Jakże proste bywają radości w życiu: miękkość tapczanu! I jakże milsza od… sztywniejącej miękkości ciał leżących na ulicach Warszawy.  

- Zostałyśmy u państwa Dolidów - tak się bowiem nazywali nasi wybawcy - jakiś czas. Ale ja nie mogłam tylko siedzieć i czekać. Nazajutrz, za podpowiedzią gospodarza, udałam się do znajdującego się w pobliżu ośrodka zdrowia. Byłam przecież studentką medycyny, chciałam pomagać -  już, teraz, natychmiast. W ośrodku poznałam dr Edwarda Wilkoszewskiego, późniejszego profesora pediatrii. Przedstawiłam się i zaproponowałam pomoc. Odpowiedział, że chętnie, ale jedyne, co może mi zaoferować to opaska Czerwonego Krzyża i biały fartuch. Zgodziłam się bez wahania. W ośrodku codziennie przyjmowaliśmy kilkanaścioro chorych dzieci, nie było leków, a śmiertelność była bardzo wysoka.

Zastawiam się, czy praca w ośrodku i spotkanie dra Wilkoszewskiego miało wpływ na późniejszy wybór specjalizacji z pediatrii. Może, nie wiem. Wówczas praca była tu nie tylko ciężka, ale i niebezpieczna. Ośrodek zdrowia znajdował się w parku, który został zamieniony na obóz dla własowców. Maria chodząc do ośrodka przez park, musiała bardzo uważać: Tam są Kozacy! – ostrzegano ją. Przy spotkaniu z nimi nie pomogłaby ani opaska czerwonego krzyża, ani biały fartuch.

 

„(…) Biegłam rankiem po chleb do piekarni

(a chleba dotąd czekają tam w domu),

a ja leżę z koszykiem bezradnie,

tuż za rogiem, nie znana nikomu (...)”


- Trudno było wyżywić pięć osób: dwójka gospodarzy i my, trzy obce przecież dla nich kobiety. Musiałam coś zrobić. Zauważyłam, że wcześnie rano ze znajdującej się w pobliżu małej piekarni wychodzą z workami jacyś ludzie, a w workach – bułki; szli je sprzedawać. Zaproponowałam, że ja też będę je sprzedawać. Przed pójściem do ośrodka, bardzo wcześnie rano szłam do piekarni, zabierałam worek z bułkami i sprzedawałam. Pieniądze oddawałam właścicielce, mnie zostawały jedna lub dwie bułki - one były takie długie, jak teraz angielki czy bułki paryskie.

Myślę sobie, jedna bułka, to więcej niż nic. A dwie to dwa razy więcej niż jedna. Dwie bułki to nawet życie i mniejszy głód dla pięciu osób, i wdzięczność, która nakazuje dzielić się z innymi tym, co mamy. Maria chciała się dzielić. I starała się pomagać innym.

- Wdzięczność dla państwa Dolidów za przygarnięcie do swojego domu ma w sercu do dziś. Myślę, że też z tej wdzięczności chciałam ratować życie innym. W pobliżu ośrodka była kolej, tamtędy szły transporty z Mokotowa, Żoliborza i Starego Miasta.  Transporty ludzi: do więzień, do obozów pracy, na śmierć. Pomyślałam, muszę im jakoś pomóc. Niemcy pilnujący transportów pozwalali mi wejść na peron - pomogła opaska Czerwonego Krzyża i biały fartuch. Organizowałam wodę, kawę zbożową, robiłam, co mogłam…

 

„Już nie wróci twój chłopiec – dziewczyno

Nie wróci (…)
Bił się mężnie i jak żołnierz zginął!
Tyś została i płaczesz dziewczyno

I tak strasznie ci serce się smuci(…)”

Gdy jest się młodym, wojna to także pora miłości - są prawa natury, które trudno odłożyć na półkę do lepszych czasów. One też mogą nigdy nie nadejść. Ze swoim mężem – Henrykiem Gołębiowskim - Maria poznała się w 1944 roku. Biorę do ręki zdjęcie - spogląda na mnie młody, przystojny mężczyzna o ciepłym spojrzeniu, na odwrocie fotografii data 19 kwietnia 1944 i słowa „z miłością…”. – Ale ja też byłam ładna… - mówi pani Maria i pokazuje mi swoje zdjęcie – na nim dziewczyna o blond włosach i miłym uśmiechu. Oboje piękni, młodzi, z planami na przyszłość. 1 sierpnia żegnali się nie wiedząc, czy się spotkają, choć nie wyobrażali sobie, że mogłoby być inaczej. Dla nich los okazał się być łaskawy, Maria wraz z mamą i przyszłą teściową za ofiarowane przez pewną kobietę pieniądze (dar od losu!) dostały się do Milanówka, tam czekała na nie wiadomość od Henryka, że żyje. Spotkali się jednak dopiero w listopadzie 1945 roku, po jego wyjściu z obozu. Ale już 31 grudnia 1946 roku – w wolnej-niewolnej Polsce - wzięli ślub. Małżeństwem są do dzisiaj. I teraz razem przywracają Łodzi pamięć o powstańcach.

 

 

„A jak będzie już po wojnie,

Będzie miło i spokojnie,

I dostatnio i wygodnie (…)”

- Milczeliśmy, rozumie pani? Po wojnie nie rozmawialiśmy o powstaniu, życie wypełniała nam praca, dzieci, po prostu codzienność. Ale obrazki dnia codziennego nie mogły na zawsze przesłonić obrazu tych, którzy zostali w umierającej powstaniem Warszawie. To z prochu tych, co zginęli usypano kurhan na Woli. Tam jest największe cmentarzysko ofiar powstania, żołnierzy i cywilów – 20 ton prochów. - Ile to osób? – pytam odruchowo. - Może pani sprawdzić w firmie pogrzebowej, ile z ciała po spaleniu powstaje prochów – rzuca pan Henryk.

Sprawdzam w Internecie i znajduję informację, że pochowanych jest tam ponad 104 tysiące ciał – myślę: lżejszych o 104 tysiące dusz. Cmentarz Powstańców Warszawy, największa w Europie nekropolia wojenna to osobna historia, w której splata się tragedia powstania i zakłamanie powojennej Polski.

 

„(…)Twarze kochane, twarze wybladłe

pod barykadą czyjeś się kładły,
główki dziecięce, oczy zdziwione,

usta kochane, nieporuszone (…)”

 

Historia domaga się prawdy. I obrazy z powstania wracają, wdrukowane w pamięć, nie do zapomnienia, choćby i przysypywały je prochy dni codziennych, dni milczących - kurhany całe. Życie codzienne wymaga życia, nie śmierci; i wymaga czasem milczenia. Ale przeszłość domaga się słów. Przed oczyma twarze dziewcząt i chłopców, wyłaniające się z całunu pamięci, twarze ustawione w szeregu, wielu szeregach, wiąż młode, zawsze młode. W czymże więc zanurzona została ta klisza pełna wspomnień tamtych wydarzeń i ludzi, że jawi się dziś pełnią obrazów, o których nie można już milczeć, o których milczeć nie trzeba? – nie pytam, niech pozostanie to tajemnicą tych, co przeżyli.  Przeżyli, żyją i potrzebują jeszcze przyszłości, aby o powstańcach pamiętali inni, kolejne pokolenia, ludzie młodzi. Stąd pomysł państwa Marii i Henryka Gołębiowskich na upamiętnienie powstańców warszawskich, tu – w Łodzi.

 

- Bo, czy pani wie, że w powstaniu brali udział nie tylko warszawiacy, że na czterech powstańców, aż trzech było spoza Warszawy, że byli tam ludzie także z Łodzi?

Dowiaduję się, że wielu z nich znalazło się w Warszawie w latach 1939-1940 z powodu wysiedleń do Generalnego Gubernatorstwa, jakie miały miejsce w ramach akcji germanizacyjnej Łodzi. Niektórzy z nich po wojnie powrócili do Ziemi Obiecanej i z nią związali swoje życie. Z Łodzią związali się też państwo Gołębiowscy.

 

„(…)Piasku, to tobie szeptali leżąc,

wracając w ciebie krwi nicią wąską,
dzieci, kobiety, chłopi, żołnierze.

Polski, odezwij się Polsko (…)”

 

Kiedy dokładnie narodził się pomysł upamiętnienia bohaterstwa powstańców – trudno powiedzieć, ale dojrzewał pod wpływem nie tylko wspomnień, ale i kłopotliwych pytań tych, co przeżyli: Dlaczego w Łodzi nie ma jeszcze żadnej ulicy, żadnego miejsca poświęconego Powstaniu Warszawskiemu?

Pomysł miejsca pamięci zaczął nabierać kształtów w 2014 r. Wówczas to państwo Gołębiowscy rozpoczęli starania o nadanie jednemu z łódzkich placów nazwy placu Powstańców Warszawskich. Przekonali do tego pomysłu urzędników łódzkiego magistratu. Od początku było wiadomo, że nie wchodzi w grę zmiana już istniejącej nazwy, więc przystali na propozycję, aby miejscem ku pamięci powstańców stał się, jak dotąd bezimienny, skwer w pobliżu Akademii Sztuk Pięknych. I udało się. W lipcu 2014 r. łódzcy radni podjęli uchwałę, nadając miejscu nazwę: Skwer im. Powstańców Warszawskich.

- Właśnie, chodzi o upamiętnienie powstańców warszawskich a nie powstania warszawskiego. Niezależnie bowiem od takiej czy innej od oceny słuszności wybuchu samego powstania, powstańcy z pewnością byli bohaterami. A co do miejsca, no cóż, może mogło być lepsze, ale wie pani, ma też swoje zalety - jest ruchliwe, dużo ludzi tamtędy przechodzi.

Skwer jest faktycznie niewielki, wchodzący klinem pomiędzy dwie szerokie ulice, przecięty chodnikiem i „nieformalnymi” ścieżkami. Patrzę i myślę: ruch, zgiełk miasta, ludzie – starzy i młodzi spieszący do pracy, domu, szkoły, ich małe i wielkie radości, święta i dzień powszedni, kolory i szarzyzna - to dobrze, że miejsce jest ruchliwe i pełne ludzi - żywych ludzi. A pod koniec 2014 roku pojawił się kolejny pomysł – powiększenia „przestrzeni pamięci” poprzez przyłączenie sąsiadującej ze skwerem działki i zaznaczenie tego miejsca pomnikiem memorialnym. Pisma dotyczące stosowanej działki zostały przez państwa Gołębiowskich przesłane do władz Łodzi, sprawa jest w toku.

Ale już w grudniu ubiegłego roku emerytowany prof. ASP - Michał Gałkiewicz, bezinteresownie podarował na pomnik kamień - trzy tony wagi i prawie dwa metry wysokości robią „mocne” wrażenie.  Pomnik - w planach napis: „Powstańcom Warszawskim – Łodzianie” - ma stać się trwałym śladem pamięci o powstańcach warszawskich na łódzkiej ziemi. Patrzę na zdjęcie kamienia - granit o błyszczącej powierzchni przenikających się wzajemnie plam różnych odcieni czerni i czerwieni, o okrągławej i jakby ludzką ręką ulepionej, z zastygłej już krwi zmieszanej z grudkami ziemi, bryle. Krew i ziemia, zaklęte w kamieniu - twardym symbolu ofiary powstańczej. Niech będzie on tym „memento praeteriti” - nim czas rozproszy go w piasek, a wsiąkła w polską ziemię krew wypłynie świeżym strumieniem. Niech ofiara Powstania Warszawskiego nie pójdzie na marne i niech będzie nie tylko „nazwą i kamieniem” pamiętana, lecz życiem, dobrym życiem.

 

(…) Słuchaj tych głosów, bo po to szczęśliwie

ocalon został w tragicznej potrzebie,

byś chleb powszedni łamał sprawiedliwiej

i żył za tamtych i za siebie lepiej.”

 


(Artykuł powstał na podstawie rozmowy przeprowadzonej z prof. Marią Gołębiowską i jej mężem - Henrykiem Gołębiowskim oraz udostępnionych mi materiałów, za co serdecznie dziękuję. I dziękuję za łzy wzruszenia, które oczyszczają duszę; oko wówczas lepiej dostrzega, co ważne, a co nieistotne w życiu)

 

Od redakcji: W tekście Autorka zacytowała: fragmenty poematu „Pieśń o powstaniu” -  Zbigniewa Jasińskiego (ps. Rudy)  oraz wiersze „Stare Miasto” - Mieczysława Ubysza, „Śpiew murów” -  Tadeusza Gajcego,Już nie wróci twój chłopiec – dziewczyno” i „A jak będzie już po wojnie” - Józefa Szczepańskiego (ps. Ziutek) oraz „Mazowsze” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.