Data dodania: 4-02-2018


Z lekarskiej wokandy: Popularne nazwisko - dobrodziejstwo, czy przekleństwo

Według „Expresu Ilustrowanego” z 1 listopada 2017 r. na liście zarejestrowanych nazwisk w Polsce nazwisko „Dąbrowski” było na ósmym miejscu, z liczbą ponad stu szesnastu tysięcy obywateli, którzy je nosili. Sądzę, że osiem lat wcześniej - kiedy wydarzyła się opisana niżej historia - było podobnie. 21 marca 2009 r. w pewnym szpitalu w mieście powiatowym było dwóch pacjentów o tym nazwisku*: jeden na ortopedii, drugi na chirurgii. Nosili różne imiona. Oprócz nazwiska, łączyło ich wskazanie do przetoczenia krwi…

W opisanym szpitalu, w zakresie przetaczania krwi, obowiązywały wówczas dwa zarządzenia dyrektora: Standardowa Instrukcja Postępowania z 1 września 2007 r. oraz Standardowa Procedura Operacyjna z 17 grudnia 2008 r. Katalog czynności, opisany w tych dokumentach, przedstawiał się - z grubsza biorąc - następująco:

Lekarz wypisuje zapotrzebowanie na krew dla pacjenta i wykonanie tzw. próby krzyżowej. Pielęgniarka pobiera krew od pacjenta i jej próbkę, wraz z zapotrzebowaniem, przekazuje do laboratorium szpitalnego. Tu diagnosta wykonuje próbę krzyżową, czyli zgodności serologicznej krwi biorcy z krwią dawcy, znajdującą się w laboratoryjnym banku krwi (na pojemniku krwi dawcy znajduje się grupa jego krwi, czynnik RH i inne, a także numer donacji z kodem kreskowym).

Diagnosta przyczepia do pojemnika „skrzyżowanej” krwi, przeznaczonej dla określonego pacjenta, wynik próby krzyżowej i umieszcza go w lodówce. Podstawą jego odbioru  przez pielęgniarkę jest zapotrzebowanie lekarza zlecającego przetoczenie. Diagnosta i pielęgniarka sprawdzają zgodność danych na etykiecie pojemnika ze złożonym zapotrzebowaniem. Przed transfuzją lekarz, zlecający przetoczenie, wspólnie z pielęgniarką, odbierającą krew, sprawdza tożsamość pacjenta, grupę jego krwi i czynnik Rh oraz ich zgodność z krwią, znajdującą się w pojemniku, a także numer tego pojemnika i jego zgodność z numerem na wyniku próby krzyżowej.

Wspomniane wyżej dokumenty (Procedura i Instrukcja) nie nakładały na pielęgniarkę obowiązku posiadania przy odbiorze krwi dla pacjenta, przygotowanego do  transfuzji, żadnego dokumentu, potwierdzającego datę jego urodzenia, PESEL, czy wynik grupy krwi. Jak wykazało późniejsze prokuratorskie śledztwo, każda z pielęgniarek we własnym zakresie ustalała dla kogo krew odbiera: jedne zapisywały dane pacjenta na karteczkach, inne zapamiętywały.

Również diagnosta wydający krew nie miał obowiązku potwierdzenia danych pacjenta, czy okazania przez pielęgniarkę wyniku jego grupy krwi. Informacje dotyczące wydanej krwi wpisywane były do książki przychodów i rozchodów krwi, a następnie podpisywane przez diagnostę wydającego pojemnik z krwią i odbierającą go pielęgniarkę.

xxx

Dąbrowski Jan został przyjęty 17 marca na oddział internistyczny szpitala z powodu „duszności, kaszlu, krwioplucia, ogólnego osłabienia, braku apetytu”. Po przyjęciu rozpoznano krwawienie z górnego odcinka przewodu pokarmowego i przetoczono mu koncentrat krwinek czerwonych, co zapisano w lekarskiej dokumentacji skrótem „KKCz”. 21 marca - po konsultacji chirurgicznej - Jana przeniesiono na oddział chirurgiczny, gdzie z powodu pogorszenia się stanu zdrowia chorego i niedokrwienia, lekarz dyżurny zlecił przetoczenie jeszcze jednej jednostki KKCz. Zgodnie z instrukcją, dyżurny wypełnił druk zapotrzebowania i zlecenie przeprowadzenia próby krzyżowej.

Próbkę krwi pobrała i razem ze zleceniem zaniosła do laboratorium pielęgniarka Z. Tymczasem pielęgniarka A., opierając się na posiadanej z dokumentacji wiedzy, że na internie Janowi Dąbrowskiemu podawano krew założyła, że w laboratorium mogą znajdować się jeszcze jednostki krwi wcześniej skrzyżowanej dla niego. W rozmowie telefonicznej spytała więc dyżurującego diagnostę, czy jest taka krew dla pacjenta o nazwisku Dąbrowski, nie podając jego imienia. Diagnosta po sprawdzeniu poinformował, że krew dla pacjenta Dąbrowskiego est przygotowana. Faktycznie jednak w banku krwi były przygotowane dwie jednostki KKCz dla Dąbrowskiego Adama z ortopedii. Była to krew grupy A Rh+. Tymczasem Jan Dąbrowski potrzebował krwi grupy O Rh+.

Kiedy po pewnym czasie pielęgniarka Z. przyniosła zapotrzebowanie na krew dla Jana Dąbrowskiego, diagnosta - nie czytając tego dokumentu - wydał pojemnik KKCz, przeznaczony dla Adama Dąbrowskiego. Pielęgniarka Z. odebrała pojemnik, będąc przekonana, że wydanie jest prawidłowe. Tym bardziej, że nie miała zapisanych danych osobowych „swojego” pacjenta, jego PESEL-u ani grupy krwi, pamiętała tylko nazwisko. Diagnosta wpisał w książce przychodów i rozchodów krwi dane osobowe oraz PESEL Dąbrowskiego Adama, a nawet informację, że jest on z ortopedii. Następnie pod wpisem złożył swój podpis, a pielęgniarka Z. - nie czytając tego wpisu - obok złożyła swój.

Idąc z laboratorium z pojemnikiem z krwią, pielęgniarka Z. spotkała na korytarzu dyżurnego chirurgii, który wcześniej sporządził zapotrzebowanie na krew dla Jana Dąbrowskiego, a teraz spieszył się już do sali operacyjnej na zabieg ratujący mu życie. Nie sprawdzając żadnych danych, co było niezgodne z przyjętymi procedurami, lekarz zleci przetoczenie krwi pacjentowi z przyniesionego pojemnika, dokonując odpowiedniego zapisu w księdze infuzyjnej. Pielęgniarka Z. samodzielnie rozpoczęła transfuzję, chociaż nie miała do tego uprawnień, gdyż nie posiadała ukończonego kursu „podstaw transfuzjologii”. Za prawidłowość przeprowadzenia zabiegu przetoczenia krwi odpowiadał jednak głównie lekarz…

xxx

Postępowanie wobec obwinionego lekarza przed Okręgowym Rzecznikiem Odpowiedzialności Zawodowej, zostało wszczęte kilka dni po zdarzeniu na podstawie informacji prasowej (ORzOZ, co oczywiste, nie zajmował się błędami pielęgniarek, dla których właściwy jest ich własny sąd korporacyjny). Szybko jednak zostało ono zawieszone do czasu zakończenia postępowania karnego, które z kolei - z powodu zasięgania licznych opinii zakładu medycyny sądowej i ich ciągłego uzupełniania - toczyło się przez pięć lat. W końcu, na podstawie akt sądowych, rzecznik skierował do Okręgowego Sądu Lekarskiego wniosek o ukaranie lekarza. Do wniosku dołączył opinię z oględzin i sekcji zwłok Jana Dąbrowskiego, który - jak się okazało - zmarł na skutek niewydolności wielonarządowej, spowodowanej zbiegiem przyczyn: zaawansowanej choroby nowotworowej (rak żołądka), masywnego ropnego zapalenie płuc, nasilonej miażdżycy z wykładnikami choroby niedokrwiennej mięśnia sercowego, niedokrwistości pokrwotocznej oraz wstrząsu po przetoczeniu koncentratu komórek czerwonych niezgodnych grupowo.

Biegli medycyny sądowej i innych specjalności, wydający kompleksową opinię orzekli, że: Chory był wyniszczony, nie przyjmował pokarmów, często wymiotował. Po przyjęciu do szpitala prawdopodobne było, na granicy pewności, że w krótkim czasie może dojść do jego zgonu ze względu na stan zdrowia i dynamikę zmian chorobowych. Nie było żadnych szans na wyleczenie chorego. Nie dało się jednoznacznie ustalić, jak duża była rola przetoczenia obcogrupowej krwi w pogorszeniu się stanu zdrowia prowadzącego w konsekwencji do zgonu, a jaką rolę odegrał rozwój chorób podstawowych. Typowe reakcje poprzetoczeniowe u osób bez poważnych schorzeń, z reguły nie prowadzą do zgonu.

Przed sądem obwiniony chirurg tłumaczył, że z powodu połączenia obowiązków dyżurnego i ordynatora, wielości pacjentów i dużej liczby nagłych przypadków na dyżurze, w trakcie akceptowania przyniesionej przez pielęgniarkę krwi nie sprawdził, czy zgadza się ona z grupą chorego wypisaną w historii choroby. Sąd lekarski orzekł wobec niego upomnienie. Równie łagodny był sąd powszechny, poprzestając na orzeczeniu grzywny.

xxx

Nam pozostaje podjęcie próby odpowiedzi na tytułowe pytanie, czy posiadanie popularnego nazwiska jest dobrodziejstwem, czy przekleństwem. Sami posiadacze takich nazwisk zapewne nie są co do tego zgodni, natomiast uczestnicy wyżej opisanych zdarzeń na pewno uważają, że oryginalnie brzmiące nazwiska pacjentów mogą być korzystniejsze - zarówno dla nich, jak też osób wykonujących czynności medyczne. Hipotetycznie bowiem  można założyć większe prawdopodobieństwo, iż dzięki takiemu nazwisku uniknie się  błędu, jaki był udziałem dwóch panów Dąbrowskich. A lekarzom i pielęgniarkom, którzy mają do czynienia z pacjentami o  popularnych nazwiskach, zalecałby wykazanie się wzmożoną czujnością.

Jerzy Ciesielski,

adwokat

--------------

*Nazwisko zostało zmienione