Data dodania: 7-01-2017


Z lekarskiej wokandy: Temida pożąda Eskulapa

Eskulap w mitologii rzymskiej to bóg sztuki lekarskiej. Tak też żartobliwie mówimy współcześnie o lekarzu. Temida zaś to mityczna bogini grecka i uosobienie sprawiedliwości, prawa i wiecznego porządku. Wymiar sprawiedliwości w znacznej mierze od wiedzy medycznej jest uzależniony.

Trudna do oszacowania liczba spraw cywilnych i karnych, a także toczących się w pionie odpowiedzialności zawodowej samorządu lekarskiego, nie może być rozstrzygnięta bez zasięgnięcia wiadomości specjalnych u biegłych lekarzy. Przykładowo, to oni wydają opinie w sprawach dotyczących ustalenia stopnia obrażeń ciała jako skutków wypadku drogowych czy przestępstw przeciwko zdrowiu, oni decydują o określeniu uszczerbku na zdrowiu w procesach o odszkodowanie czy o przyznanie renty inwalidzkiej, oni też przesądzają o możliwości odroczenia rozpraw z powodu stanu zdrowia stron.

Nierzadko jednak wkraczają również w sprawy już na etapie przedprocesowym, dostarczając stronom odpowiedniej dokumentacji lekarskiej. Czasem - niestety - mocno naciąganej, co może znaleźć swój finał na wokandzie sądu lekarskiego. A oto jeden z takich przypadków.

Sprawa wiąże się z postępowaniem toczącym się w sądzie cywilnym o podwyższenie wcześniej zasądzonych alimentów. Matka dziecka, dla uzasadnienia swoich roszczeń, przekazała sądowi jako dowód zaświadczenie o stanie zdrowia córki, wydane przez specjalistę chirurga. W dokumencie lekarz stwierdzał, że dziewczynka jest alergikiem, wymaga ciągłej diagnostyki oskrzelowej i jest leczona w poradni pulmonologicznej z powodu napadów duszności. Wszystkie leki, które miały być ordynowane małej pacjentce, były zapisane z błędami (litera „wu” zamiast „v” oraz końcówki „yzolit”  zamiast „yzat”, „cont” zamaist „cort” oraz „zolid” zamiast „zonid”), co wskazuje, że autor ewidentnie  nazw tych nie znał. W dokumencie znajdował się też passus: „Matka sprawuje czynny nadzór na dzieckiem”.

Kiedy pozwany ojciec dziecka zobaczył wspomniane zaświadczenie w aktach sądowych, poprosił chirurga o udostępnienie mu dokumentacji lekarskiej córki, na co ten miał odpowiedzieć niekonwencjonalnie: „Jeżeli chcesz zobaczyć dokumentację, to tylko przez adwokata żony lub ze swoim pełnomocnikiem.” Zaraz potem zmienił jednak zdanie i przekonywał,  że dokumentacja może mu być udostępniona tylko za pośrednictwem izby lekarskiej. Zgodnie zatem z rzeczonym pouczeniem, zainteresowany złożył we właściwej Okręgowej Izbie Lekarskiej stosowną  prośbę, opisując jednocześnie całą sytuację, a tam wyjaśniono mu, że to co sporządził, to w istocie… skarga na lekarza.

Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej, gdzie sprawa ostatecznie trafiła, wezwał chirurga, który zeznał do protokołu, że kojarzy małą pacjentkę, jako że był do niej wzywany kilkakrotnie przez jej matkę. Dalej chirurg wyjaśniał, że odmówił dokumentacji ojcu dziecka, gdyż słyszał od matki, że mężczyzna obrażał go w związku z wydanym dla sądu zaświadczeniem. Rzecznik - oczywiście - kazał lekarzowi złożyć dokumentację, będącą podstawą wystawienia zaświadczenia, a ten przekazał informację zatytułowaną: „Historia choroby (tu imię i nazwisko pacjentki). Indywidualna praktyka lekarska”. Opisane jest w niej osiem wizyt domowych na przestrzeni półtora roku, każdorazowo z zaznaczeniem: „na prośbę matki”. Sześć wizyt dotyczy przeziębień, jedna rozstroju żołądka, jedna urazu głowy na placu zabaw (dopisek: „bawiła się z ojcem”), a ostatni wpis brzmi: „Wydano zaświadczenie do sądu na podstawie dokumentacji dostarczonej przez matkę dziecka”.

Na tym etapie sprawy chirurg przyznał w czasie kolejnego przesłuchania, że: „Ratownik medyczny, z którym jeżdżę w pogotowiu, poprosił mnie kilkakrotnie o pomoc dla dziecka kuzynki, której udzieliłem w czasie wizyt domowych. Zaświadczenie dla sądu sporządziłem przy udziale matki. Historia choroby powstała na podstawie dokumentacji, którą matka dziecka mi pożyczyła. Były to luźne kartki, skopiowane m.in. z karty informacyjnej poradni pulmonologicznej Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego, gdzie dziewczynka była leczona. Z dokumentacji tej przepisałem też nazwy leków.” Po uzyskaniu tych informacji, rzecznik - oczywiście - powiedział „sprawdzam”.

Najpierw na przesłuchanie do ORzOZ została poproszona matka, która już na wstępie wyraziła żądanie, by jej byłemu mężowi nie udostępniać protokołu z tej rozmowy. Potem oświadczyła, że informacje przekazane chirurgowi, dotyczące stanu zdrowia dziewczynki, były prawdziwe, jako że ta faktycznie znajdowała się pod opieką wskazanej poradni pulmonologicznej. Dodała przy tym niefrasobliwie: „Wprawdzie dawno nie byłyśmy z wizytą w poradni, bo córka nie chorowała, ale pulmonolog (tu padło jego nazwisko - przyp. red.) opiekował się nią… dwa lata wcześniej”. Gdy wskazany specjalista został poproszony przez ORzOZ o złożenie wyjaśnień przyznał, że dziewczynka była u niego z matką na trzech wizytach, których powód był jednak banalny (uporczywy kaszel, długotrwały nieżyt nosa). Nie stwierdził natomiast astmy, ani nie prowadził diagnostyki w tym kierunku.

Ostatecznie chirurg został przez sąd lekarski uznany winnym w kwestii zarzucanego mu przez ojca dziewczynki czynu, czyli odmowy udostępnienia dokumentacji medycznej i za ten czyn ukarany upomnieniem. Uwagi sędziów nie umknął fakt, że wydane przez lekarza zaświadczenie przeznaczone dla sądu cywilnego było - delikatnie mówiąc - „naciągane”, co jednak nie stanowiło przedmiotu ich oceny. Zaświadczenie to zresztą zostało z akt sprawy wycofane.

Dla osiągnięcia korzystnych rozstrzygnięć procesowych i stojących za nimi celów życiowych, uczestnicy spraw toczących się przed różnymi sądami przekonują, że mają pokerową mocną kartę, tymczasem posiadają tylko asa w rękawie. Na dodatek as ten jest… znaczony. Źle się dzieje, gdy znaczenie to pochodzi z ręki lekarza, działającego z mniejszą lub większą świadomością „podróby”.

Jerzy Ciesielski,

adwokat