Data dodania: 29-04-2017


Z lekarskiej wokandy: Volenti non fit iniuria

Dla właściwego opisania jednego z wątków tej sprawy muszę przekazać pewne informacje dotyczące „dokumentu”. Mówiąc najogólniej, dokumentem określimy każde rzeczowe świadectwo jakiegoś zjawiska, sporządzone w formie właściwej dla danego czasu i miejsca. Dokumentów urzędowych nie da się jednak stworzyć bez określonej normatywnie systematyki. Sądy lekarskie, prowadząc konkretną sprawę z zakresu odpowiedzialności zawodowej lekarza, wytwarzają akta postępowania, działając wedle reguł określonych w sprawie regulaminu wewnętrznego urzędowania.

Regulamin ten stanowi, że: 1) dla każdej sprawy z chwilą wpisania jej do rejestru zakłada się odrębne akta opatrzone sygnaturą skonstruowaną według następującego schematu – kolejna liczba całkowita, symbol rodzaju sprawy, rok wpływu; 2) akta należy prowadzić chronologicznie; 3) karty akt powinny być ponumerowane i trwale połączone; 4) w przypadku przekroczenia dwustu stron akt, zakłada się kolejny tom; 5) dokumenty procesowe załącza się do akt, a w razie potrzeby umieszcza we wszytej do akt kopercie.

A co, jeżeli tak wytworzone dokumenty gdzieś zaginęły? W celu ich odtworzenia, prezes sądu lekarskie zarządza odrębne postępowanie, w którym przesłuchuje się strony (rzecznika odpowiedzialności zawodowej i obwinionego lekarza) oraz  inne osoby biorące udział w sprawie, przegląda się dziennik korespondencji, korzysta z notatek protokolantów oraz pełnomocników procesowych itp. Prezes sądu wzywa strony postępowania  oraz inne osoby, mające dokumenty do ich przedstawienia, celem sporządzenia odpisów. W postanowieniu kończącym sprawę sąd stwierdza, czy akta można odtworzyć , czy też nie.

Sięgamy do konkretnego przykładu, czyli jednej ze spraw z zakresu odpowiedzialności lekarza za błąd medyczny. Rzecznik odpowiedzialności zawodowej zgromadził bardzo obszerną dokumentację lekarską, dotyczącą poszkodowanego Leszka S.: dwie karty informacyjne Instytutu Kardiologii, historie choroby z gabinetu lekarza rodzinnego oraz Poradni Wad Wrodzonych, a także dwie opinie sądowo – lekarskie biegłych z zakresu kardiologii i chorób wewnętrznych. Ponadto cztery wyniki badań echokardiograficznych, wyniki badań testem wysiłkowym metodą Bruce'a, kartę informacyjną ze Szpitala Rejonowego oraz - sporządzone dzień później - dwie karty zlecenia wyjazdu Pogotowia Ratunkowego w dniu zgonu pacjenta. Następnie w protokołach udokumentował przesłuchania osób (świadków), posiadających wiedzę w sprawie oraz lekarza, którego dotyczyło postępowanie. Załączył opinię Zakładu Medycyny Sądowej oraz wniosek o ukaranie (tudzież stosowne postanowienia i wezwania). Całość złożył w Okręgowym Sądzie Lekarskim.

Niestety, akta opisanej sprawy zaginęły, ale można je było łatwo odtworzyć i to w całości. Wynika z nich, że już w siódmym roku życia lekarze rozpoznali u Leszka S. koarktację (zwężenie cieśni) aorty i nadciśnienie tętnicze, które nie były wówczas leczone z powodu braku zgody rodziców. Rozpoznanie to potwierdzono w Instytucie Kardiologii dwadzieścia siedem lat później, a w kolejnym roku kardiochirurdzy wykonali zabieg operacyjny wszczepienia protezy naczyniowej w górnej części aorty. Pacjenta wypisano bez powikłań.

Po dziesięcioletniej przerwie, Leszek S. podjął leczenie ambulatoryjnie w poradni lekarza rodzinnego, którego potem przez dwa lata zaniechał. Lekarz sądowy, badając pacjenta w czterdziestym roku życia stwierdził, że jest on częściowo niezdolny do pracy, a w następnym roku inny biegły sądowy nie stwierdził kardiologicznych przyczyn niezdolności do pracy.

Dramat Leszka S. rozegrał się w ciągu dwóch dni w czterdziestym czwartym roku jego życia. W Sylwestra, na podstawie skierowania lekarza rodzinnego do lekarza kardiologa, zgłosił się do Izby Przyjęć Szpitala Rejonowego, gdzie rozpoznano infekcję dróg oddechowych, nadciśnienie tętnicze, stan po operacji zwężenia cieśni (z wywiadu). Zalecono leczenie ambulatoryjne. W Nowy Rok, o godz.18:52, żona Leszka S. wezwała Pogotowie Ratunkowego, zgłaszając silny ból w klatce piersiowej męża. Sam pacjent w czasie badania lekarskiego skarżył się na silne bóle w okolicy lędźwiowej po stronie prawej. Lekarz pogotowia rozpoznał kolkę nerkową, podał odpowiednie w takiej sytuacji leki i zalecił, w razie braku poprawy, ponowne wezwanie karetki. Wezwanie to nastąpiło już o godz. 21:16. Tym razem żona Leszka S. poinformowała dyspozytora, że mąż się dusi. Po czterdziestu minutach od podjęcia czynności restytucyjnych pacjent zmarł.

Oczywistym podejrzewanym o przewinienie zawodowe został lekarz Pogotowia Ratunkowego. udzielający pomocy Leszkowi S. w krytycznym dniu. Zespół biegłych Zakładu Medycyny Sądowej zaopiniował, że:

1) badanie przedmiotowe i podmiotowe pacjenta przez lekarza było prawidłowe,

2) przeszłość chorobowa pacjenta (znana z relacji rodziny) i jego stan w chwili badania stanowiły jednak „wskazanie do różnicowania pomiędzy postawionym rozpoznaniem kolki nerkowej, a schorzeniami ze strony układu krążenia”,

3) takiemu zróżnicowaniu służyłoby przeprowadzenie badania EKG oraz dalsza obserwacja i diagnostyka szpitalna,

4) prawdopodobną (wobec odstąpienia od sekcji zwłok) przyczyną zgonu mogło być pęknięcie tętnika aorty,

5) przeprowadzenie dalszej diagnostyki chorego, także w warunkach szpitalnych, nie gwarantowało jego ukarania lekarza,

6) lekarz pogotowia w swoich decyzjach co do dalszego postępowania z chorym mógł brać pod uwagę nie podjęcie hospitalizacji Leszka S. dnia poprzedniego, mimo przeprowadzenia diagnostyki,

7) rozpoznanie w Izbie Przyjęć Szpitala Rejonowego infekcji górnych dróg oddechowych było nieprawidłowe.

Zbiory paremii prawniczych zawierają i taką sentencję: volenti non fit iniuria (chcącemu nie dzieje się krzywda), sformułowaną przez Ulpiana Domicjusza, urodzonego w drugim wieku naszej ery rzymskiego jurysty i pisarza okresu cesarstwa. Oznacza ona, że jeżeli ktoś dobrowolnie wystawił się na szkodę, wiedząc że może ona nastąpić, nie ma prawa dochodzić roszczeń z tego tytułu. Na tę właśnie zasadę powołał się obrońca wymienionego powyżej lekarza Pogotowia Ratunkowego. Jeżeli bowiem rodzice Leszka S. nie wyrazili zgody na operację, gdy był on dzieckiem, a on sam zaniechał regularnej kontroli swojego zdrowia przez dłuższy czas po operacji, a potem przed  zgonem znowu przerwał leczenie - to jego najbliżsi nie mogą domagać się pociągnięcia lekarza do odpowiedzialności zawodowej i żądać zadośćuczynienia za śmierć męża (ojca).

Szanowny mecenasie. Za dalekie paralele, brak adekwatnego związku przyczynowego. Powołana zasada dotyczy tylko ryzyka, które osoba mogłaby uznać za wynikające ze swojego działania (np. pięściarz liczy się z ewentualnymi urazami po ciosach przeciwnika pięścią, ale nie przyzwala na uderzenia niezgodne z zasadami boksu). Byłoby absurdem, gdyśmy oczekiwali od Leszka S. zdolności przewidywania, że będzie nieprawidłowo leczony. W medycynie konieczna jest systematyka. Należy wiedzieć, co ważne, a co może poczekać. Ale czasem to, co może poczekać, okazuje się ważnym i to trzeba czuć.

Lekarzowi takiego czucia w opisanym przypadku zabrakło. Obwinienie go o niedołożenie należytej staranności w postępowaniu lekarskim, polegające na zaniechaniu diagnozowania występującego u chorego bólu w klatce piersiowej,  uważam zatem za całkowicie uzasadnione.

Jerzy Ciesielski,

adwokat

PS. A co do zaginionych akt w opisanej sprawie, brak przekonywujących informacji zarówno co do osób, jak i co do okoliczności.